Najciekawsze recenzje
Recenzje
Dostępność książki: X
Polecają X

A nigdy nie marzyłem o locie na Marsa...

Autor: misiak297

Książka: Kroniki marsjańskie (Bradbury Ray (Bradbury Raymond Douglas))

Data dodania: 2018-12-31 11:27

Redakcja BiblioNETki poleca!

8 osób poleca ten tekst.

Nie mam pojęcia, jaka czytelnicza siła zawiodła mnie na Marsa. Palców jednej dłoni wystarczy, aby zliczyć książki science-fiction, które przeczytałem. W swoich lekturowych wędrówkach wolałem się raczej trzymać teraźniejszości i przeszłości. Tymczasem sięgnąłem po „Kroniki marsjańskie” Raya Bradbury’ego – w końcu to dwudziestowieczna klasyka literatury. Wyszedłem z założenia, że wbrew oporom przed gatunkiem należy ją znać. Cóż, nie przypuszczałem, że „Kroniki marsjańskie” z każdym opowiadaniem, ba, z każdą stroną, będą mnie zachwycać coraz bardziej.

To powieść utkana ze świetnych opowiadań. Wszystko rozgrywa się między Marsem i Ziemią na przestrzeni blisko trzydziestu lat (1999-2026). Technika poszła naprzód, zbudowano rakiety, można zdobyć cały kosmos, więc dlaczego nie? Kolejne ekspedycje ruszają na Marsa. Wbrew oczekiwaniom, Ziemianie nie są witani entuzjastycznie przez tubylców. Sami też nie umieją się odnaleźć w zupełnie innej rzeczywistości, nie potrafią jej zrozumieć. Nauka nie wszystko wyjaśniła. Niektórzy z pionierów – obdarzeni dużą wrażliwością – wiedzą, że najazd na Marsa wiązałby się ze zniszczeniem kultury, która może się poszczycić wieloma wiekami istnienia. Oto fragment opowiadania przedstawiającego losy czwartej wyprawy na Marsa. Oto, co myśli jeden członków ekspedycji, Spender:

„Pierwszej nocy na Marsie nie powinni czynić hałasu, anonsować swego przybycia obcym, bezsensownym blaskiem kuchenki. Stanowiłoby to niemal bluźnierstwo. Później nadejdzie jeszcze czas na ogrzewanie, czas na rzucanie puszek po mleku skondensowanym w głąb dumnych marsjańskich kanałów, czas na strony z »New York Timesa«, fruwające na wietrze i szeleszczące na dnie samotnych, szarych marsjańskich mórz, czas na skórki od bananów i papierki po kanapkach pośród delikatnych żłobkowanych ruin starych marsjańskich miast. Będzie dużo czasu. Myśl ta sprawiła, że zadrżał w duchu”[1].

Spender i kapitan odbędą taką rozmowę:

„- Nie zrujnujemy Marsa - zaprotestował kapitan. -Jest zbyt wielki i zbyt piękny.
- Tak pan sądzi? My, Ziemianie, mamy talent do niszczenia wielkich pięknych rzeczy. Tylko dlatego nie umieściliśmy budek z hot dogami pośrodku egipskiej świątyni w Karnaku, że leży ona na uboczu i przez to nie przyciąga handlowców. Poza tym Egipt to tylko drobna cząstka Ziemi. Tutaj jednak cały świat jest stary i obcy, a my musimy gdzieś się osiedlić i zacząć wszystko psuć. Kanałowi nadamy imię Rockefellera, górze - króla Jerzego, morzu -Duponta; ochrzcimy też miasta nazwiskami Lincolna, Roosevelta i Coolidge'a i nic nie będzie tak, jak powinno, bowiem miejsca te mają swe właściwe nazwy”[2].

A jednak na skutek dramatycznych okoliczności zasiedlenie Marsa staje się możliwe, z czego mieszkańcy zagrożonej wojną jądrową Ziemi (odbicie autentycznych lęków Amerykanów w latach 50.) skwapliwie korzystają. Ray Bradbury tak opisuje zasiedlanie planety:

„Przybywali, wiedzeni lękiem albo brakiem lęku, ponieważ byli szczęśliwi bądź nieszczęśliwi; bowiem chcieli poczuć się jak Pielgrzymi, albo i nie. Każdego przywiodły tu własne powody. Porzucali nieudane żony, nieudane zawody, nieudane miasta; zjawiali się tu, aby coś odnaleźć, porzucić lub zdobyć, odkryć, pogrzebać, zostawić w spokoju. Wyruszali, wiedzeni śmiałymi wizjami, skromnymi snami albo w ogóle bez marzeń. Jednakże czterobarwne plakaty rozwieszone w całym kraju powtarzały za rządem: »TY TEŻ ZNAJDZIESZ PRACĘ W KOSMOSIE: LEĆ NA MARSA!« I ludzie posłuchali. Z początku tylko nieliczni, drobna garstka, bowiem większość, zanim jeszcze rakieta wystrzeliła w przestrzeń, ogarniała potężna choroba. Nosiła ona miano »samotność«, bo kiedy widzi się swoje rodzinne miasto, malejące do rozmiarów pięści, potem cytryny i szpilki, by wreszcie zniknęło w ognistym ogonie, człowiek czuje się, jakby nigdy się nie narodził, jakby miasto w ogóle nie istniało, a on tkwił sam, otoczony przestrzenią, w towarzystwie obcych ludzi, pozbawiony punktu oparcia. A kiedy morze chmur pochłaniało stan Illinois, Iowa, Missourri czy Montana, Stany Zjednoczone kurczyły się do rozmiarów wyspy, a cała planeta Ziemia stawała się odrzuconą błotnistą piłką, człowiek zostawał sam, wędrując przez błonie kosmosu w drodze do miejsca, którego nawet nie potrafił sobie wyobrazić”[3].

Mars okazuje się „nowym wspaniałym światem”. Wszystko zachwyca, przedstawia sobą nowe możliwości. Niebawem jednak odkrywcy tego świata zmienią się w mieszkańców, przykryją marsjańskie ruiny własnymi budynkami, zamontują telefony i otworzą budki z hot-dogami. Z czwartej planety zrobi się trzecia. Spotkania z obcą cywilizacją nie zawsze będą pokojowe. Tymczasem Ziemia stanie się odpowiednikiem Marsa, miejscem tak dalekim, że aż nieistniejącym – i dopiero narastające zagrożenie wojną, każe kolonistom przypomnieć sobie o korzeniach. Bradbury opisuje to z dużą wnikliwością:

„Tej nocy wszyscy wyszli na dwór i spojrzeli w niebo. Porzucili swe kolacje, pranie, przebieranie się na wieczorny seans i wybiegli na nie takie już nowe werandy, aby oglądać zieloną gwiazdę Ziemi. Uczynili to zupełnie bezwiednie; tylko po to, by lepiej pojąć nowiny, które usłyszeli przez radio. Oto Ziemia, zagrożona nadchodzącą wojną, a wraz z nią setki tysięcy matek i babek, ojców i braci, ciotek, wujów i kuzynów. Stali zatem na werandach, próbując uwierzyć w istnienie Ziemi, tak jak kiedyś usiłowali uwierzyć w istnienie Marsa. Tym razem stanęli przed podobnym problemem. Praktycznie rzecz biorąc, Ziemia była dla nich martwa. Opuścili ją trzy, cztery lata wcześniej. Przestrzeń kosmiczna działała niczym środek znieczulający. Siedemdziesiąt milionów mil próżni otępiało człowieka, usypiało pamięć, wyludniało Ziemię, zmazywało przeszłość i pozwalało tutejszym ludziom spokojnie pracować dalej. Teraz jednak, właśnie tego wieczoru, martwi powstali z grobów, na Ziemi zaroiło się od ludzi, wspomnienia powróciły, wymieniono milion imion: jak się dziś miewa taki-a-taki na Ziemi? A ten czy tamten? Ludzie na werandach zerkali na twarze swych towarzyszy”[4].

Jak skończy się kolonizacja Marsa?

Zdumiała mnie różnorodność tych opowiadań, ich głębia uwiodła i zachwyciła, a wymowa przeraziła. Spodziewałem się nadmiaru techniki, przedstawienia wydumanego świata, w którego istnienie – choćby na kartach powieści – nijak nie uwierzę. Otrzymałem za to książkę, w której z łatwością się odnalazłem. Bradbury rozegrał to inteligentnie. Kosmos jest tu tylko sztafażem. Każde z tych opowiadań niesie ze sobą przesłanie - zawsze dalekie od moralizatorstwa. To wyrazisty protest przeciwko kolonizacji (ale zarazem bez czarnobiałego podziału na złych Ziemian i dobrych, pokojowo nastawionych Marsjan). Krytyczne ukazanie Ameryki, bezmyślnie zagarniającej dla siebie obce ziemie, bez poszanowania dla kultury, bo przecież kto by się tym przejmował, skoro można zarobić. Niektóre karty „Kronik marsjańskich” przywodzą na myśl horror, inne opowiadania można by zakwalifikować w obręb prozy psychologicznej (w wersji science-fiction) traktującej o samotności, niezrozumieniu, radzeniu sobie z żałobą. Jestem pewien, że niektórymi inspirował się Stephen King. Sam Bradbury kilka lat po napisaniu „Kronik…” rozwinie opowiadanie „Usher II” do swojej najsłynniejszej powieści „451º Fahrenheita”. A to wszystko zostało napisane zdumiewająco pięknym językiem. Oto opis płonącego domu z przedostatniego z opowiadań:

O dziesiątej dom zaczął umierać. (…)
Dom jeszcze próbował się ocalić. Drzwi zatrzasnęły się na głucho, lecz szyby popękały od gorąca i wpadający do środka wiatr podsycił płomienie. Dom ustępował; ogień, postępując naprzód w orszaku miliardów gniewnych iskier, zagarniał kolejne pokoje. Wkrótce dotarł do schodów i ruszył na górę. Tymczasem ze ścian wyskakiwały stada wodnych szczurów, które strzelały swym ładunkiem i odbiegały po kolejne porcje. Z tryskaczy w sufitach lały się potoki mechanicznego deszczu. Za późno jednak. Gdzieś w głębi domu jedna z pomp zgrzytnęła i zamarła. Ulewa ustała. Zapasowy zbiornik wody, który od wielu dni napełniał wanny i zmywał naczynia, wyczerpał się w końcu.
Ogień wbiegał po schodach, pożerając wiszące w holu Picassy i Matissy niczym największe przysmaki, podpiekając oleisty miąższ, czule wytapiając z płótna czarne chrupkie skwarki.
Teraz ogień rozpychał się w łóżkach, wyglądał przez okna, zmieniał kolor zasłon.
I nagle zjawiły się posiłki. Klapy na strychu otwarły się i wyjrzały z nich ślepe roboty, rzygające zieloną pianą. Ogień cofnął się, jak to czyni nawet słoń na widok martwego węża. Tym razem na podłodze wiło się co najmniej dwadzieścia węży, a każdy z nich tłumił ogień chłodnym jadem zielonkawej piany.
Jednakże ogień okazał się chytrzejszy. Posłał swe płomienie na zewnątrz, w górę, ku stojącym na poddaszu pompom. Wybuch! Mózg na strychu, kierujący działaniem pomp, rozprysnął się na kawałki. Pozostała po nim jedynie garstka drzazg z brązu, które utkwiły na amen w stropowych belkach.
Ogień zaglądał do wszystkich szaf, obmacując wiszące w nich ubrania.
Dom zadrżał; dębowe kości tarły o siebie, odsłonięty szkielet skręcał się od żaru; między żebrami sterczały nagie druty, zupełnie jakby chirurg zdarł z niego skórę, wystawiając tętnice i naczyńka na pastwę płomieni”[5].

„Kroniki marsjańskie” to jedna z najlepszych książek, jakie czytałem w tym roku. A już na pewno ta, która wprawiła mnie w największe zdumienie. Nie przypuszczałem, że zachwyci mnie powieść science-fiction. Cóż, życzę wam wielu takich odkryć w przyszłym roku!

[1] Ray Bradbury, „Kroniki marsjańskie”, tłum. Paulina Braiter, Paweł Ziemkiewicz, Kolekcja Gazety Wyborczej, brak roku wydania, s. 61.
[2] Tamże, s. 66-67.
[3] Tamże, s. 87.
[4] Tamże, s. 173.
[5] Tamże, s. 203-204.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Podziel się:

komentarzy: 12 | wyświetleń: 2684

Dodaj komentarz  

Pokaż: [drzewo komentarzy] [komentarze według daty dodania]

Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 2018-12-31 12:28 napisał(a):

Odpowiedź na: Nie mam pojęcia, jaka czy... | misiak297 Pokaż rodzica

O tak, Bradbury niewątpliwie wielkim pisarzem był! I to właśnie chyba przede wszystkim dlatego, że nieważne, czy pisał SF, czy "zwykłą" powieść, potrafił wyrazić wspaniałe myśli wspaniałym językiem. Moje tegoroczne odkrycie i najlepsza książka roku 2018 to Słoneczne wino (Bradbury Ray (Bradbury Raymond Douglas)) - polecam ją gorąco także Tobie, możliwe, że ocenisz jeszcze wyżej niż recenzowaną :)

Linka Odpowiedz

Użytkownik: gosiaw 2019-01-02 08:08 napisał(a):

Odpowiedź na: O tak, Bradbury niewątpli... | LouriOpiekun BiblioNETki Pokaż rodzica

Chciałam się od razu rzucić polecać Misiakowi Słoneczne wino (Bradbury Ray (Bradbury Raymond Douglas)), bo to niewątpliwie jest książka dla niego, ale widzę, że już nie muszę. :) Niestety książka jest "trudnozdobywalna". Czyżby doczekała się jakiegoś wznowienia? Na szczęście jakby co to mogę pożyczyć, choć nieszczególnie pragnę się z nią rozstawać, bo jej stan nie jest najlepszy, boję się, że poczta gdzieś zgubi, a dzieło na dodatek ma dla mnie dużą wartość sentymentalną. Podarował mi ją swego czasu miły biblionetkołaj, który nie wiem skąd ją wytrzasnął. Mógł dzięki niej zrobić dobry biznes na allegro, a jednak przysłał ją mnie... ;) (Boję się wręcz myśleć o tym, że bnetkołaj nabył dzieło tamże i dzięki niemu ktoś inny zrobił dobry biznes.)

Namawiam córkę na lekturę "Kronik". Wypłynęły nam ostatnio przypadkiem w jakiejś domowej rozmowie i myślę, że rozumna nastolatka byłaby gotowa na to. A od sf nie stroni.

Linka Odpowiedz

Użytkownik: wwwojtusOpiekun BiblioNETki 2019-01-02 09:56 napisał(a):

Odpowiedź na: Chciałam się od razu rzuc... | gosiaw Pokaż rodzica

"Słoneczne wino" będzie wznowione jako cześć tomu Green Town (zapow.) (Bradbury Ray (Bradbury Raymond Douglas))

Linka Odpowiedz

Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 2019-01-02 10:04 napisał(a):

Odpowiedź na: "Słoneczne wino" będzie w... | wwwojtusOpiekun BiblioNETki Pokaż rodzica

Mam w schowku dokładnie od chwili, gdy się dowiedziałem, tj. od 2018-06-25 ;)

Linka Odpowiedz

Użytkownik: Anna125 2018-12-31 23:13 napisał(a):

Odpowiedź na: Nie mam pojęcia, jaka czy... | misiak297 Pokaż rodzica

Misiaku, fantastyka może być dobra :DDD
Jakże się cieszę, ze przeczytałeś taką książkę.

Linka Odpowiedz

Użytkownik: pawelw 2019-01-02 15:24 napisał(a):

Odpowiedź na: Nie mam pojęcia, jaka czy... | misiak297 Pokaż rodzica

Opowiadanie z opisem płonącego domu było (chyba w całości) w konkursie 66 o pożarach. :)

Linka Odpowiedz

Użytkownik: Marylek 2019-01-03 19:37 napisał(a):

Odpowiedź na: Nie mam pojęcia, jaka czy... | misiak297 Pokaż rodzica

Zdumiewające jest, jak aktualne są portrety ludzi, z ich pragnieniami, słabościami, przywarami. Z ich ambicjami, dumą i pychą. Gdy pominie się cały ten sztafaż i technikę z lat 50. ubiegłego wieku, zostają ludzie i ich emocje - tak współcześni, że aż dech zatyka.

I jeszcze, wydaje mi się ta książka przerażająco współczesna momentami. Profetyczna.

Linka Odpowiedz

Użytkownik: minutka 2019-01-08 14:52 napisał(a):

Odpowiedź na: Nie mam pojęcia, jaka czy... | misiak297 Pokaż rodzica

Stoi na półce w mojej biblioteczce, a jak wiadomo, własne zwykle odkłada się na później. Twoja recenzja skłania mnie do przesunięcia jej na bliższe miejsce w dłuuugiej kolejce książek czekających na przeczytanie :)

Linka Odpowiedz

Użytkownik: misiak297 2019-01-08 15:06 napisał(a):

Odpowiedź na: Stoi na półce w mojej bib... | minutka Pokaż rodzica

W takim razie czekam na Twoje wrażenia:)

Linka Odpowiedz

Użytkownik: kocio 2019-01-21 19:51 napisał(a):

Odpowiedź na: Nie mam pojęcia, jaka czy... | misiak297 Pokaż rodzica

Dużo kiedyś czytałem fantastyki, i znalazłem tam wiele ciekawych rzeczy.

Zbiegiem okoliczności byłem w weekend na monodramie "Kwiaty dla Algernona", będącej inscenizacją opowiadania o tym samym tytule z 1959, z którego wykwitła powieść Kwiaty dla Algernona (Keyes Daniel) . Bałem się, czy po tylu latach od lektury to nadal będzie coś sensownego i czy mnie wzruszy ta inscenizacja akurat, ale się nie zawiodłem.

Inne niesamowite rzeczy z tego gatunku to choćby Gra Endera (Card Orson Scott) (kilka pierwszych tomów tej serii), Kirinyaga (Resnick Mike (Resnick Michael D.)) (zwłaszcza opowiadanie "Bowiem dotknęłam nieba"), z pewnością powieści Zajdla miałyby nadal coś ważnego do powiedzenia, choć nie wiem na ile dziś aktualnego... Czarnoksiężnik z Archipelagu (Le Guin Ursula K. (Le Guin Ursula Kroeber)) też wydaje mi się ponadczasowy, choć to akurat fantasy, a ten gatunek mnie nie pociągał i znam po łebkach.

Linka Odpowiedz

Użytkownik: mchpro 2019-01-23 12:53 napisał(a):

Odpowiedź na: Nie mam pojęcia, jaka czy... | misiak297 Pokaż rodzica

Cóż, chciałbym polecić jeszcze K jak kosmos (Bradbury Ray (Bradbury Raymond Douglas))
Niektóre opowiadania to prawdziwe perełki.

Linka Odpowiedz

Użytkownik: Jabłonka 2019-03-01 10:25 napisał(a):

Odpowiedź na: Nie mam pojęcia, jaka czy... | misiak297 Pokaż rodzica

Ale ładnie napisałeś :) dziękuję bo nabrałam wielkiej chęci na powtórkę.

Linka Odpowiedz

- książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę

- do książki dodano opisy lub recenzje

- książka dostępna w naszej księgarni

- książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)

- książka znajduje się w Twoim schowku