Dodany: 30.06.2018 22:10|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Książka: Dziennik: 1957-1966
Márai Sándor

3 osoby polecają ten tekst.

Ziemia, ale nie ojczyzna


Kiedy się rozpoczyna ten tom dziennika, minęło prawie pięć lat od chwili, gdy na pokładzie statku wiozącego Máraiów do Ameryki ktoś zakrzyknął radośnie "Ziemia! Ziemia!". Zstąpili na tę ziemię, bo chwilowo innego wyjścia nie mieli; obywatelstwo właśnie uzyskali, ale Amerykanami się nie czują – „pod względem ducha, gustów i mentalności jestem tak samo daleko od Ameryki, jak byłem przed pięciu laty, kiedy tu przyjechałem. L. też nie jest bliżej”[1] – i doskonale zdają sobie sprawę, że „człowiek należący do innego kręgu kulturowego na zawsze pozostanie obcy”[2].

Trudno obiektywnie określić, jak im się powodzi materialnie; na pewno gorzej niż przed wojną i być może gorzej (a bez wątpienia inaczej), niż gdyby, pozostawszy na Węgrzech, stanęli po stronie nowego systemu politycznego; ale jeśli ich zestawić z innymi europejskimi wychodźcami, którzy przybyli na drugi kontynent bez grosza przy duszy i bez znajomości języków, to nie tak znów fatalnie: z jednej strony żyją „z miesiąca na miesiąc. I cała trójka w coraz bardziej wytartych ubraniach”[3], ale z drugiej stać ich, żeby od czasu do czasu coś zjeść na mieście, gdzieś wyjechać (w 1957 Lola jedzie do Kalifornii, w 1959 wyprawę na południe, obejmującą także krótki wypad do Meksyku, odbywa Sándor; między październikiem 1962 a sierpniem 1963 oboje podróżują po Europie, spędzając po kolei trochę czasu w prawie każdym z krajów po zachodniej stronie żelaznej kurtyny. Ale nie mogą zawitać na Węgry, gdzie dobiegająca dziewięćdziesiątki matka daremnie marzy, by jeszcze zobaczyć któregoś z synów-emigrantów – drugi, Géza von Radványi, reżyser filmowy, podobnie jak brat używający pseudonimu artystycznego zamiast rodowego nazwiska Grosschmid, mieszka w Niemczech – tak jak i oni pragną zobaczyć ją, choć relacje między nimi nigdy nie były idealne).

Na pewno powiodło im się z wychowaniem adoptowanego syna: nastoletni János, wbrew ich obawom, zaadaptował się w Stanach nad podziw dobrze. Już jako „John M. Marai otrzymał dokument z pieczęcią, potwierdzający jego amerykańskie obywatelstwo”[4], zdaje maturę i idzie do wojska; „dzięki dobrowolnemu zgłoszeniu się (…) nie będzie szeregowcem, tylko przez trzy lata będzie mógł pędzić beztroski żywot studenta w mundurze i poznawać wybrane przez siebie przedmioty”[5]. Spędzi dwa lata w odludnej placówce na Alasce, obsługując maszyny sygnalizacyjne, ale to zaprocentuje dyplomem szkoły elektronicznej, po której dostanie „posadę w Massachusetts w fabryce komputerów”[6], i przede wszystkim uniknięciem powołania do czynnej służby w Wietnamie. I będzie jedynym z ich trojga, który już nie zechce „wrócić do Europy, kiedy to tylko będzie możliwe”[7], który zobaczy przed sobą coś więcej, niż „jedyny cel: dożyć wyzwolenia Węgier”[8]. My już wiemy, że to marzenie się nie spełni; Sándor Márai dobrnie prawie do dziewięćdziesiątki, a gdy już tylko parę miesięcy będzie go dzieliło od tak wyczekiwanej chwili, zbraknie mu sił do życia, bo straciwszy całe rodzeństwo, żonę i syna w ciągu niespełna dwóch lat, zostanie sam, chory i pozbawiony wszelkiej nadziei…

Ale to się wydarzy dopiero za dwadzieścia parę lat, tymczasem zaś zdąży jeszcze co nieco napisać, choćby „Krew świętego Januarego” i ten dziennik, tworzony nieustannie od lat wojny aż do śmierci, który rozsławi jego nazwisko bodaj szerzej niż beletrystyka. Zaskakująco niewiele w tych zapiskach wspomina o własnym pisarstwie i jego recepcji; tu krótka wzmianka, że bibliotekarka rozpoznała w nim pisarza, którego książki cieszą się powodzeniem wśród czytelników, ówdzie – że francuskie wydanie „Żaru” zostało dobrze przyjęte, gdzie indziej, pod koniec roku, lapidarnie nakreślony plan: „wydam po węgiersku, we własnym zakresie, »Albo dobrze, albo nic«. (…) będę kolejno drukował wszystko, co napisałem na obczyźnie: »Krew świętego Januarego«, jednoaktówki (»Głos« i »Gra«), dalszą część »Dziennika«, a także dwie książki, które jeszcze chciałbym napisać: »Sąd w Canudos« i »Ziemia!Ziemia!«…”[9]. Znacznie więcej miejsca zajmują zapiski z lektur (jak zawsze, czytanych w kilku językach; jak zawsze, dobieranych z wielką starannością, z wyraźną preferencją dla klasyki, eseistyki i studiów historycznych, a z awersją do współczesnej prozy, nawet tworzonej przez jego rówieśników), z podróży, z dokonywanych na bieżąco obserwacji codziennego życia Ameryki (o której, choć jest jej niezmiennie wdzięczny za to, że może tu żyć, nie ma jednak dobrego zdania).

I refleksje natury ogólnej. Na przykład o starzeniu się. Dzisiejszemu czytelnikowi, któremu ekonomiści nieustająco wmawiają, że w wieku lat sześćdziesięciu pięciu czy siedemdziesięciu winien być nadal zdolny do pełnoetatowej pracy, mogą się te uwagi i spostrzeżenia pisarza dobiegającego zaledwie sześćdziesiątki wydać śmieszne i pretensjonalne; czyż można w pięćdziesiątym ósmym roku życia używać sformułowania: „dawniej – w latach młodości, w wieku męskim, a potem jeszcze na początku starości”[10], a od sześćdziesiątki począwszy, kilka razy w roku przypominać sobie, że „na pewno nieuchronnie trzeba umrzeć”[11]? Ale może jednak rację ma właśnie Márai, może dłuższe życie wcale nie oznacza przesunięcia się momentu, w którym zaczynamy się starzeć, lecz tylko wydłużenie okresu starości? A w takim razie jakże aktualna staje się jego rada, by to zjawisko przyjąć z godnością, „uniknąć nawet pozoru tego, że człowiek jest młodszy, niż jest. I uczynić wszystko, by nie być starszym, niż się jest”[12], i „wszelkimi sposobami wydobyć z chwili wszystko, co w niej jest”[13]!

Czytając powoli, uważnie, można wyłapać pewną liczbę przemyśleń, które – innymi słowami czy niemal identycznie – zostały wypowiedziane już wcześniej. Ale to, paradoksalnie, zwiększa autentyczność dziennika, bo czyż nam samym, jeśli prowadzimy zapiski, coś takiego się nie zdarza? Ani trochę nie zmniejsza też zachwytu nad umiejętnością ubierania myśli i spostrzeżeń w słowa, którą autor niezmiennie demonstruje od pierwszych stronic, zapisanych kilkanaście lat wcześniej, i którą – jak już wiedzą ci, co czytali skrócone wydanie „Dziennika” – zachowa aż po ostatnie dni życia. Gdybym chciała tu przytoczyć wszystkie trafne refleksje, wszystkie frazy, które mnie urzekły – musiałabym przepisać połowę czy może dwie trzecie prawie sześćsetstronicowego tomu…


---
[1] Sándor Márai, „Dziennik 1957-1963”, przeł. Teresa Worowska, wyd. Czytelnik, 2018, s. 18.
[2] Tamże, s. 34.
[3] Tamże, s. 54.
[4] Tamże, s. 40.
[5] Tamże, s. 227.
[6] Tamże, s. 490.
[7] Tamże, s. 86.
[8] Tamże, s. 21.
[9] Tamże, s. 470.
[10] Tamże, s. 59.
[11] Tamże, s. 305.
[12] Tamże, s. 535.
[13] Tamże, s. 45.


(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 620
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: