Dodany: 17.03.2018 18:56|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Czytatnik: Czytam, bo żyję

5 osób poleca ten tekst.

Czepliwy Czytelnik śledzi bieg do gwiazd... z przeszkodami w postaci byków


Najnowsza lektura Czepliwego Czytelnika - Bieg do gwiazd (Smoleń Dominika) - wedle opisów zapowiadała się prawie tak dobrze, jak należąca do tego samego nurtu literackiego Gwiazd naszych wina (Green John).

Niestety, nadzieje na tak pozytywne doznania czytelnicze rychło umarły śmiercią nienaturalną.
Garstkę przyczyn (pozostałe w recenzji, która niebawem powinna się pojawić) zamieszcza Cz.Cz. poniżej:

„niesamowicie niebieskie oczy, które skrywały w sobie fascynującą głębię i były otoczone bardzo długimi, wręcz imponującymi wszystkim dokoła – rzęsami”[24]

„usiadłam na swoim łóżku i sięgnęłam po książkę, położoną na podłodze tuż obok. Dotknęłam okładkę i otworzyłam ją w miejscu, gdzie włożyłam niegdyś zakładkę. Przywołałam w pamięci chwilę, kiedy zapoznawałam się z publikacją”[32]

„Zaciskałam dłonie w pięści, wbijając w skórę paznokcie. Wiedziałam, że prawdopodobnie robiłam to na tyle mocno, że przerywałam ciągłość skóry”[45]

„Kot był bardziej rudy, ale odcień był naprawdę delikatny. Momentami jego sierść wpadała trochę w blond”[48]

„Do tego wszystkiego dodałam cieliste rajstopy, które leżały na jednej z moich półek. Postanowiłam założyć do tego buty na niewysokim, wręcz nieistniejącym obcasie i jesienny płaszcz. Obserwując ludzi na zewnątrz, można było dowiedzieć się zaledwie tego, że pomimo słońca, należy to zrobić”[52]

„co jakiś czas biorąc kęs pizzy do ust i uśmiechając się szeroko, przez co powoli zaczynała boleć mnie twarz”[79]

„kilka dziewczyn przyklasnęło na jej pomysł. Po chwili przekrzykiwały się już kolejnymi, jak powinny się ubrać”[79]

„podskakujące piersi sprawiały wrażenie czegoś naprawdę dziwnego, niekomfortowego i czasem nawet lekko bolesnego”[147]

„Może przed śmiercią rodziców wiedział już, że dobrze tańczy, świetnie wygląda i mimo to zarobiłby sporo kasy jako tancerz egzotyczny?”[112]

„Lena przestała nacierać na moje wargi, kończąc pocałunek”[119]

„część bulwersowała się”[124] (chodzi o część kolegów)

„nie miałam jednak sto procent pewności”[125]

„bez wiedzy, w którym miejscu mogę szukać jej pochówku”[126] (bohaterka ma na myśli nie pogrzeb, lecz grób)

„nie było sensu marznąć na dworze, podczas gdy zmarłą osobę mogłam uczcić pamięcią o niej, a nie odmrażaniem części ciała w ten dość chłodny dzień”[128]

„po uprzątnięciu szmatka dosłownie zmieniła kolor”[147]

„woda niczym niewzruszona tafla, na którą padało tylko światło nielicznych lamp, tworzyła dość romantyczny nastrój. Nie udzielił mi się, chociaż doceniałam to, że niektóre dziewczyny może przyprawić o szybsze bicie serca i zawroty głowy”[165]

„z każdym kolejnym guzikiem ukazywało mi się coraz więcej jego nagiej klatki piersiowej”[166]

„cała środa upłynęła mi dość monotonnie – na wymienianiu wiadomości tekstowych ze swoimi przyjaciółmi…”[201]

„ja poczułam natomiast, ile blondyn ma na sobie oliwki, by się tak świecić w świetle lamp.(…) W powietrzu dało wyczuć się seksualną energię, która wręcz z nas ociekała. (…) Nasze ciała ponownie zaczęły się znajdować blisko siebie”[207]

„Chłopak dopiero wyszedł spod prysznica, ale miał na sobie bokserki. Po prostu jego skóra nie świeciła się już tak bardzo, a on sam nie miał ułożonych włosów na żel i makijażu scenicznego”[208]

„specjalnie odkładając kilka drobniaków na powrót autobusem do drugiej przegrody”[203]

„budowla jawiła się jako duża i barokowa, o czym świadczyła złota kolorystyka i mnogość ozdób”[283]

Uff...! A szkoda, bo gdyby autorce pomógł w redagowaniu tekstu ktoś znający się na rzeczy, mogłaby to być naprawdę niezła powieść...

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 12109
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 95
Użytkownik: Monika.W 18.03.2018 08:01 napisał(a):
Odpowiedź na: Najnowsza lektura Czepliw... | dot59Opiekun BiblioNETki
Koszmar.
Przeczytałaś całą? Ja pewnie odłożyłabym po jakiejś 25 "perełce".
"gdyby autorce pomógł w redagowaniu tekstu ktoś znający się na rzeczy" - z tym się jednak nie zgodzę. Jeśli ktoś nie umie pisać, to nie powinien. Redaktor (według mnie) nie jest od poprawiania stylu. Może być od poprawiania pojedynczych błędów stylistycznych. Mnie to jednak wygląda na zupełny brak stylu. Po prostu niektórzy nie powinni pisać. A jeśli autorka ma coś ciekawego do powiedzenia, to niech najpierw przeczyta jakieś 100 - 200 - 500 DOBRYCH książek, a potem niech nabytą w ten sposób wiedze wykorzysta.
Użytkownik: Marylek 18.03.2018 09:00 napisał(a):
Odpowiedź na: Koszmar. Przeczytałaś ca... | Monika.W
Zdecydowanie zgadzam się z Tobą, Moniko! Nie da się pomóc komuś, kto nie rozumie podstawowych zasad budowy zdania, kto nie zna związków frazeologicznych funkcjonujących w języku, kto nie rozróżnia stylów. To są szkolne błędy, dyskwalifikujące książkę. Dziwię się, że ktoś mógł wydać tekst w takim stanie. No, chyba że to NWA - nakład własny autora, z którego się już Eco w "Wahadle Foucauta" nabijał.
Użytkownik: misiak297 18.03.2018 11:09 napisał(a):
Odpowiedź na: Koszmar. Przeczytałaś ca... | Monika.W
Zgadzam się, Moniko.

I tę książkę Biblionetka objęła patronatem?
Użytkownik: Monika.W 18.03.2018 11:22 napisał(a):
Odpowiedź na: Zgadzam się, Moniko. ... | misiak297
Smutne - co do tego patronatu. Ale tez i faktem jest, że w ogóle nie pojawia się u mnie myśl, aby coś z tych patronatów przeczytać.
Użytkownik: misiak297 18.03.2018 11:12 napisał(a):
Odpowiedź na: Koszmar. Przeczytałaś ca... | Monika.W
Ach, i wszystko jasne. To jest to samo wydawnictwo, które opublikowało "Kurhanek Maryli".
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 18.03.2018 16:41 napisał(a):
Odpowiedź na: Koszmar. Przeczytałaś ca... | Monika.W
No musiałam, bo skoro sobie sama do recenzji zamówiłam - skuszona tą cukrzycą, bo parę razy w młodości miałam przyjemność być w kadrze obozu harcerskiego dla dzieci i młodzieży z cukrzycą i chciałam zobaczyć, jak to wygląda z perspektywy współczesnej nastolatki - to nie wypadało nie skończyć.
A autorka, jak się zdaje, czyta dużo - wśród autorów cytatów wykorzystanych jako motta do poszczególnych rozdziałów są: Mann, Cioran, Kierkegaard, Hłasko, Jansson, Mrożek, Camus, Broniewski, Myśliwski, Kafka, Sontag...
Redaktor, myślę, że nie musi sam poprawiać, wystarczyłoby, żeby zaznaczył błędy - autor już sam powinien dociec, na czym polega problem i skorygować albo napisać od nowa. A jak nie potrafi, to książki nie powinni przyjmować do druku. Ale tych błędów nikt nie zauważył - nawet "miałczącego" kota, którego tu powyżej nie wyszczególniłam!
Użytkownik: Anna125 18.03.2018 21:35 napisał(a):
Odpowiedź na: No musiałam, bo skoro sob... | dot59Opiekun BiblioNETki
Moje doświadczenie z cytatami jest nienajlepsze. W internecie znajdziemy ich mnóstwo i można dobrać odpowiedni.
Aczkolwiek może być i tak, że autorka czytała lecz czytanie nie zmienilo jej sposobu pisania, to możliwe chociaż mniej prawdopodobne ze względu na poziom rozumienia bohaterów, sytuacji, używanych słów, jest zbyt konkretny.
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 19.03.2018 08:34 napisał(a):
Odpowiedź na: Koszmar. Przeczytałaś ca... | Monika.W
"Redaktor (według mnie) nie jest od poprawiania stylu. Może być od poprawiania pojedynczych błędów stylistycznych."

No patrz, a ja właśnie parę dni temu (jeszcze przed tą czytatką Dot) zastanawiałem się - na ile książki są dziś dziełem autorów, a na ile ich styl, język, akcenty pożera właśnie praca redaktora? Jestem pewien, że są redaktorzy również ZBYT MAŁO ingerujący (jak chyba w wypadku wałkowanej tu książki), a wówczas można się tylko pytać - czy jeśli książka jest dobra (od strony zgrabności językowej, braku rażących błędów stylistycznych czy gramatycznych itp.), to dlatego, że tak dobry był redaktor? A co, jeżeli redaktor jest gorszy od autora i dobry tekst przerabia na słabszy albo co najmniej psuje zamysł pisarza, bo jest niezgodny z jakąś wizją czy światopoglądem redaktora?
Użytkownik: Monika.W 19.03.2018 16:59 napisał(a):
Odpowiedź na: "Redaktor (według mnie) n... | LouriOpiekun BiblioNETki
"a ja właśnie parę dni temu (jeszcze przed tą czytatką Dot) zastanawiałem się - na ile książki są dziś dziełem autorów, a na ile ich styl, język, akcenty pożera właśnie praca redaktora"
Przyznam - nie zastanawiałam się. Z prostej przyczyny. W ogóle nie dopuszczam do siebie myśli, że redaktor ma wpływ na styl i język. Nie znam się na pracy redaktora, ale dla mnie redaktor pomaga, co najwyżej, wyłapuje nieścisłości, itp. A nie poprawia styl i język. A jeśli dany redaktor chce zmienić pisarzowi styl, to pisarz grzecznie odmawia. Żyję w świecie Flauberta. Który bez redaktora godzinami i dniami myślał nad zdaniami.
Pewnie nie ma świata, w którym żyję. Pewnie co do zasady nie mam racji co do roli redaktora i wyłącznego wpływu pisarza na książkę. Pewnie w 90% wydawanych książek redaktor może wszystko i robi wszystko, w tym pisze za autora. Mam nadzieję, że tych 90% książek po prostu nie czytam.
Użytkownik: Anna125 19.03.2018 18:34 napisał(a):
Odpowiedź na: "a ja właśnie parę dni te... | Monika.W
Bardzo jest mi bliskie, to co napisałaś :), bardzo bliskie i też mam nadzieję, że nie czytam książek, w których „redaktor może i robi wszystko, w tym pisze za autora”.
Użytkownik: Monika.W 20.03.2018 08:05 napisał(a):
Odpowiedź na: Bardzo jest mi bliskie, t... | Anna125
Preselekcja na etapie wyboru lektury - ot co. To wcale nie jest aż takie trudne. Choć wpadki co jakiś czas zaliczam.
I w kryminałach redaktor dominujący pewnie by mi bardzo nie przeszkadzał...???
Użytkownik: Anna125 23.03.2018 19:17 napisał(a):
Odpowiedź na: Preselekcja na etapie wyb... | Monika.W
Nie mam rozeznania takiego jak Ty ale za to mam już bbnetkę, a więc i polecanki i kogo pytać. To drugie stało się dla mnie kluczowym kryterium: "zasięgam języka" i czytając Wasze recenzje i pytając wprost.
Ostatni problem dotyczył książki Camilli Lackberg, może to nie do końca kryminał, wiesz nie zawsze wiem jak zakwalifikować książkę. w każdym razie z tym cyklem już skończyłam.
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 20.03.2018 07:34 napisał(a):
Odpowiedź na: "a ja właśnie parę dni te... | Monika.W
Jesteś po prostu w tym względzie idealistką :) Podobnie jak Chomik, która pisze "mam nadzieję, że nie czytam książek, w których „redaktor może i robi wszystko, w tym pisze za autora”"...

Tyle, że właśnie moje pytanie brzmi - skąd wiadomo, czy dzieło nie jest tworem bardziej redaktora niż autora? Nie będę się wypowiadał za tych, którzy z procesem redakcyjno-wydawniczym mają/mieli do czynienia, ale wiem skądinąd, że niektórzy kładą uszy po sobie i kroją swoje dzie(ł/ck)o podług wyobrażeń redakcyjnych (uwag słusznych lub całkiem odwrotnie), a inni chodzą od Annasza do Kajfasza, by w końcu znaleźć wydawnictwo, które nie będzie w tekst ingerować albo jak już, to co najwyżej z precyzją i celowością chirurga, a nie rozmachem i skutecznością rzeźnika.
Użytkownik: Monika.W 20.03.2018 08:02 napisał(a):
Odpowiedź na: Jesteś po prostu w tym wz... | LouriOpiekun BiblioNETki
A czemu idealistą? Wystarczy nie czytać współczesnej literatury z półki bestsellery i nowości. Taki Flaubert redaktora nie miał. I nie wierzę, że z kolei Chochoły (Szostak Wit (właśc. Kot Dobrosław)) czy też Odkrycie nieba (Mulisch Harry) (ze współczesnych, wysoko ostatnio przeze mnie ocenionych) są efektem pracy redaktora.
Wystarczy powiedzieć sobie "nie" dla pewnego typu literatury. Co staram się czynić.
Użytkownik: Czajka 27.03.2018 13:22 napisał(a):
Odpowiedź na: A czemu idealistą? Wystar... | Monika.W
Chochoły (Szostak Wit (pseud.) jako eksperyment nie miały redaktora. Z całych pamiętam tylko jeden błąd i to nie językowy a kulinarny. Ucierali ser z rodzynkami na sernik. :)
A poza tym zgadzam się całkowicie z "nie" dla pewnych książek. I jak się cieszę, że nie muszę ich czytać zawodowo.
Użytkownik: Marylek 20.03.2018 10:23 napisał(a):
Odpowiedź na: Jesteś po prostu w tym wz... | LouriOpiekun BiblioNETki
"skąd wiadomo, czy dzieło nie jest tworem bardziej redaktora niż autora?"

Oj! A skąd przypuszczenie, że jest bardziej tym, niż tamtym?

Wygląda mi to na szukanie teorii spiskowej czy wręcz demonizowanie. Bardziej obawiam się tego, że redaktor tylko podpisuje się na liście płac, nie robiąc niczego poza tym, nie ingerując nawet w ewidentnie słabe teksty. Cytaty zamieszczone przez Dot o czymś takim właśnie świadczą. Redaktor sprawdza poprawność merytoryczną, a sporą część błędów w powyższych cytatach mógłby poprawić korektor, choć i na nim kiepskie, lowendowe wydawnictwa wydają się oszczędzać.

Ponoć więcej ludzi dziś pisze, niż czyta. Takie mają parcie na druk. To ci, którzy, jak piszesz, chodzą pd Annasza do Kajfasza. Renoma wydawnictwa też nie pozostaje bez znaczenia, są bowiem takie (a może teraz ja jestem idealistką), które sknoconego tekstu nie wydadzą. A są i takie, którym wystarcza, że utrzymują się na rynku, wydają wszystko. A skoro jest popyt na tego typu dziełka, to i podaż będzie; prawa rynku się kłaniają.

Gdyby redaktor potrafił pisać, nie musiałby pisać za autora, tylko wydałby swoje pisanie pod własnym nazwiskiem, tak mi się zdaje. ;)
Użytkownik: verdiana 20.03.2018 23:31 napisał(a):
Odpowiedź na: "skąd wiadomo, czy dzieło... | Marylek
Marylku, w Polsce nie ma instytucji redaktora merytorycznego. Wydawcy oszczędzają na korektorze i na redaktorze filologicznym, każąc mu robić redakcję techniczną dodatkowo (i nie płacąc mu za drugie zlecenie), więc NIE zatrudnią dodatkowo redaktora merytorycznego. Mało tego, dodatkowo obciążają redaktora albo korektora sprawdzenia, czy fabuła jest spójna, jeśli idzie o beletrystykę. Oni też nie powinni tego robić, bo nie na tym się przecież skupiają. Do tego potrzebne jest kolejne czytanie, za które wydawca oczywiście też nie płaci.

Owszem, są wydawnictwa, które słabego tekstu nie wydadzą. Jedno takie ogłosiło nie tak dawno upadłość.

Są i wydawnictwa, które wydają tekst przepisany od nowa przez redaktora i nie umieszczają jego nazwiska na okładce.
Użytkownik: Marylek 20.03.2018 23:44 napisał(a):
Odpowiedź na: Marylku, w Polsce nie ma ... | verdiana
No właśnie, skoro jest czasem wymieniany oddzielny redaktor techniczny, czy medyczny, to sądziłam, że merytoryczność na tym właśnie polega.

"Owszem, są wydawnictwa, które słabego tekstu nie wydadzą. Jedno takie ogłosiło nie tak dawno upadłość."
Smutne to wszystko...
Użytkownik: verdiana 20.03.2018 23:53 napisał(a):
Odpowiedź na: No właśnie, skoro jest cz... | Marylek
Redakcję techniczną robi prawie zawsze redaktor filologiczny. Ja ją przecież zawsze robiłam. Są do tego wytyczne specjalne, nihil obstat.

Jeśli jest wspomniany redaktor medyczny, to pewnie on właśnie robił redakcję merytoryczną. ;) To się rzadko zdarza nawet w książkach naukowych i raczej częściej w redakcji przekładu, żeby sprawdzić, czy tłumacz dobrze przetłumaczył. Czy nie wyskoczył z wirującą chwileczką zamiast momentu obrotowego. ;P Ale w którejś książce, chyba w "Marleyu"?, występuje "żółty" labrador. :/
Użytkownik: Marylek 20.03.2018 23:59 napisał(a):
Odpowiedź na: Redakcję techniczną robi ... | verdiana
Wirująca chwileczka! :D
To prawdziwe?
Użytkownik: verdiana 21.03.2018 00:10 napisał(a):
Odpowiedź na: Wirująca chwileczka! :D ... | Marylek
Pewnie, że prawdziwe. ;)
Jeden tłumacz napisał też o wysłaniu informacji ściekiem dyplomatycznym.
Użytkownik: Vemona 21.03.2018 11:39 napisał(a):
Odpowiedź na: Pewnie, że prawdziwe. ;) ... | verdiana
Nie zrozumiałabym, gdybym trafiła na tę chwileczkę. Nie jestem aż tak techniczna, żeby skojarzyć i uznałabym, że to jakaś bzdura.
Ściek też udany - co Ci ludzie mają w głowie???
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 21.03.2018 12:20 napisał(a):
Odpowiedź na: Nie zrozumiałabym, gdybym... | Vemona
Słownik mają, i wpisują pierwsze znaczenie, jakie im się pokaże.
Ja natrafiłam w różnych tekstach na "ciśnienie międzyczaszkowe", "szkarłatną gorączkę" ("scarlet fever" = szkarlatyna), "wolnomularza" ("mason") układającego kostkę brukową, "twarz poplamioną porto" ("port-wine stain" = czerwone znamię skórne), na informację, że kości czaszki tworzą świątynię ("temple" znaczy też "skroń"), a szczebel ewolucji poprzedzający Homo sapiens to "prymas" ("primate" - także ssak naczelny) :-)
Użytkownik: Vemona 21.03.2018 12:50 napisał(a):
Odpowiedź na: Słownik mają, i wpisują p... | dot59Opiekun BiblioNETki
OMG.....
A oprócz słownika nie mają bodaj odrobiny rozsądku, żeby stwierdzić, czy użyte określenie ma sens? Tak to i ja mogę być tłumaczem z kompletnie sobie obcego języka!!
Użytkownik: alva 23.03.2018 20:34 napisał(a):
Odpowiedź na: OMG..... A oprócz słowni... | Vemona
I mogłabyś żądać niewyobrażalnych stawek :) Znajomy tłumacz podzielił się historią, kiedy to jego klient twierdził, że skoro tłumacz bardzo dobrze zna język, to znaczy, że tłumaczenie zajmie mu mało czasu - a skoro tak, to nie powinien się domagać wysokiej stawki, tylko tę stawkę obniżyć (no bo jak mało czasu, to za co płacić, prawdaż). Co innego, gdyby nad tym tłumaczeniem siedział baaardzo długo, bo musiałby sprawdzać co drugie słowo...

Tak mi się przypomniało: robiłam niedawno redakcję tłumaczenia z zakresu archeologii i dobił mnie taki kwiatek: "W miejscu pochówku znaleziono resztki człowieka rozsądnego".
Użytkownik: sowa 23.03.2018 20:47 napisał(a):
Odpowiedź na: I mogłabyś żądać niewyobr... | alva
Zabójcze! I stawki, i resztki. (Może to były resztki ostatniego człowieka rozsądnego z branży wydawniczej?)
Użytkownik: alva 26.03.2018 18:34 napisał(a):
Odpowiedź na: Zabójcze! I stawki, i res... | sowa
W takim razie marny nasz, czytelników, los, jeśli nikogo rozsądnego już się w tej branży nie znajdzie. Choć może można sklonować? ;)
Użytkownik: sowa 26.03.2018 20:07 napisał(a):
Odpowiedź na: W takim razie marny nasz,... | alva
Zanim da się sklonować, już dawno nie będzie kogo, obawiam się. Już teraz wybór kandydata nastręczałby pewnie trudności.
Użytkownik: Anna125 23.03.2018 23:21 napisał(a):
Odpowiedź na: I mogłabyś żądać niewyobr... | alva
O kurcze, kiedyś zamieszałam się w poprawianie tekstów branżowych lecz z tłumaczami udało się wypracować zasady współpracy. Ustalaliśmy słownik głównych pojęć i potem szło ok. Im było łatwiej, ja dawałam uwagi i wspólnie pilnowałliśmy zachowania sensu i kontekstu kulturowego.
Użytkownik: alva 26.03.2018 18:38 napisał(a):
Odpowiedź na: O kurcze, kiedyś zamiesza... | Anna125
Przy tłumaczeniach branżowych, szczególnie technicznych, baza słownikowa to jest podstawa i są tłumacze, którzy bez takiej bazy od klienta nie chcą pracować albo zastrzegają w umowach, że możliwe są rozbieżności. Mnie moje kochane biuro tłumaczeń podrzuca do redakcji wszystkie teksty w jakikolwiek sposób związane z historią, nie bacząc, archeologia to, historia sztuki czy może katalog muzeum bursztynu. Z tym że ja dobrze wiem, na co mnie stać i jeśli tekst wykracza poza moją wiedzę, to zwyczajnie odmawiam pracy, podpowiadając ewentualnie, do kogo mogą się zgłosić.
Użytkownik: Anna125 26.03.2018 21:28 napisał(a):
Odpowiedź na: Przy tłumaczeniach branżo... | alva
Tu akurat była humanistyka lecz bardzo branżowa. W języku polskim niektóre słowa już przyjęły się (nieodparcie) w wersji anglojęzycznej, zaś inne miały swoje polskie odpowiedniki i jeśli ktoś "nie siedzi w slangu, żargonie branżowym" to strasznie raziło i znaczyło nie to samo. Różnice były czasami duże, niekiedy podobne tym, wspomnianym w dyskusji. Dla mnie praca z tymi słownikami była fascynująca, ponieważ musiałam - niekiedy - mocno się napracować, aby wyjaśnić, wyostrzyć granice.
Sytuacja była na początku pozornie beznadziejna. Ja miałam "przyklepać" dokonane tłumaczenie, ponieważ biuro tłumaczeń było bardzo profesjonalne. Sto stron, więc jeden wieczór, pomyślałam że szybko pójdzie. Kiedy zaczęłam czytać - zmartwiałam. Sięgnęłam do tekstu angielskiego. Całą noc spędziłam miotając się pomiędzy słownikiem angielskim, polskim, branżowymi książkami, Internetem. Doczłapałam do czterdziestej strony i byłam wielce niezadowolona ze swoich dokonań. nawet sprawdzone to ciągle było nie to. Z kolei mi brakowało wiedzy: stylistyka (tak pokrótce) i znajomości angielskiego oraz uzgodnienia znaczeń. Rano przyczołgałam się do firmy i powiedziałam - "Nie, to nie może tak pójść", podawałam przykłady. Wtedy dowiedziałam się po pierwsze, że to już trzecie poprawione tłumaczenie i że trzeci tłumacz. Ręce mi opadły, kiedy jako remedium zaproponowano kolejnego tłumacza. Znowu dałam veto. Moim tłumacz był bardzo ok i nie o to chodziło. Tak zaczęła się moja przygoda z słownikami. To było ekscytujące dla obu stron. Strasznie fajna praca. Zaczęło się od poprawienia umowy tj. aneksu do niej, w którym wspólnie z tłumaczem określiliśmy warunki i stawki. Zabawne (choć nie do końca) było to, że ustalałam warunki z tłumaczem (niejako na boku, całe szczęście, że to zrobiliśmy), a potem walczyliśmy oboje jak lwy w swoich firmach.Potem było już z górki. Cholernie irytuje mnie to, że tak powszechne jest przekonanie, że znajomość języka równa się znajomość branży, kontekstu i znaczeń. Najlepsze efekty, moimi zdaniem przynosi współpraca osób, które są specjalistami i tłumaczy.

Z literaturą jest jeszcze inna bajka, to inny, wyższy stopień wtajemniczenia - dla mnie.
Użytkownik: alva 27.03.2018 19:41 napisał(a):
Odpowiedź na: Tu akurat była humanistyk... | Anna125
"Cholernie irytuje mnie to, że tak powszechne jest przekonanie, że znajomość języka równa się znajomość branży, kontekstu i znaczeń." - och, jak ja cię rozumiem! Mnie to doprowadza do szału, jak mi się zgłasza ktoś z instrukcją obsługi spawarki albo z tekstem o astrofizyce i dziwi się, że łagodnie odmawiam, bo przecież jak to, przecież jestem tłumaczem, przecież mam umieć wszystko! O zgrzytanie zębów przyprawiają mnie też ludzie, którzy przysyłają tekst ukraiński i są zdumieni, że nie umiem przetłumaczyć, bo co to za różnica, rosyjski czy ukraiński, to cyrylica i to cyrylica.
Ale mimo wszystko lubię to, to szukanie odpowiednich słów, kombinowanie z tłumaczeniem opisowym, dowiadywanie się czegoś nowego. Najmilej wspominam tekst o historii ceramiki ozdobnej w Rosji - wiedziałam, że i tak pójdzie do redaktora merytorycznego, ale ile frajdy mi sprawiło dokształcanie się z tego zakresu!
Użytkownik: Anna125 28.03.2018 19:22 napisał(a):
Odpowiedź na: "Cholernie irytuje mnie t... | alva
O, teksty o astrofizyce to bardzo bym lubiła i zagłębiała się jak Ty w w ceramiczne opowieści :). Kombinowanie i dokształcanie się jest wspaniałe i wyobrażam sobie, jak wiele frajdy może dostarczać.
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 28.03.2018 22:11 napisał(a):
Odpowiedź na: O, teksty o astrofizyce t... | Anna125
Tak jak mnie dokształcanie do tłumaczeń dentystycznych. W życiu bym nie przypuszczała, że się tyle dowiem o tym, co można zrobić z zębami!
Użytkownik: Anna125 28.03.2018 22:41 napisał(a):
Odpowiedź na: Tak jak mnie dokształcani... | dot59Opiekun BiblioNETki
Od zębów, ja akurat, trzymałabym się z daleka ;), wolałabym nie wiedzieć co i jak :D. Jedne z moich najsilniejszym koszmarów dotyczą kłapiących szczęk, poruszających się lotem błyskawicy:) i gubiących swoje zęby. To ostatnie miało mnie, w tym moim śnie, rozśmieszyć i przepędzić grozę, przynajmniej tak to sobie wymyśliłam, jednak jak możesz zgadnąć skutecznością nie zgrzeszyło.
Właśnie skończyłam czytać piękną książkę, młodzieżową, miała być odtrutką na Lessing. Niestety płakałam i niestety też poważna. Życie jest śmiertelnie poważne. Bardzo realistycznie oddane życie nastolatków, zmaganie się z depresją, myślami samobójczymi przeplatane z cytatami Wirgini Woolf Wszystkie jasne miejsca (Niven Jennifer)
Dopiszę ją do swojego prywatnego kanonu studenckich polecanek.
Użytkownik: Czajka 29.03.2018 18:58 napisał(a):
Odpowiedź na: "Cholernie irytuje mnie t... | alva
Mnie z kolei zadziwiają tłumacze, którzy podejmują się tłumaczeń branżowych, posiłkują się jedynie słownikiem technicznym i to chyba nie zawsze. Co prawda nieraz jest śmiesznie. Widziałam już ziemnisty zamiast uziemiony, szafę grzewczą zamiast ogrzewania szafy. A moim hitem jest "stary w depresji" czyli "wciśnij Alt" i "krem przeciwsłoneczny" zamiast markiz. :D
Użytkownik: sowa 29.03.2018 20:37 napisał(a):
Odpowiedź na: Mnie z kolei zadziwiają t... | Czajka
"Stary w depresji" działa zdecydowanie antydepresyjnie (właśnie tego doświadczyłam i spieszę podziękować!), ale nie mieści mi się w głowie, jak ktokolwiek z choćby jedną czynną szarą komórką mógł coś takiego napisać/zostawić w tekście innym niż humorystyczny.
Użytkownik: Anna125 29.03.2018 23:12 napisał(a):
Odpowiedź na: Mnie z kolei zadziwiają t... | Czajka
Czajko, przykład nie z tej ziemi :D.
Użytkownik: janmamut 29.03.2018 23:34 napisał(a):
Odpowiedź na: Mnie z kolei zadziwiają t... | Czajka
Ale ten "stary w depresji" to w tłumaczeniu z języka, w którym każde słowo brzmi jak rozkaz rozstrzelania; nie angielskiego?
Użytkownik: Vemona 24.03.2018 20:34 napisał(a):
Odpowiedź na: I mogłabyś żądać niewyobr... | alva
Poproszę o kontakt do wzmiankowanego klienta, zaoferuję mu tłumaczenie na malgaski, o którym wiem tylko, że istnieje. Będzie mi musiał baaaardzo porządnie zapłacić! :D

Resztki człowieka rozsądnego - OMG.....
Użytkownik: alva 26.03.2018 18:41 napisał(a):
Odpowiedź na: Poproszę o kontakt do wzm... | Vemona
Sama bym chciała takiego klienta! Z pazurów bym nie wypuściła :D

"Człowieka rozsądnego" w jakiś sposób jestem w stanie zrozumieć, bo to wyrażenie leciało konsekwentnie przez cały tekst. Tłumacz się po prostu na nim zafiksował, sama tak miałam - radośnie sobie kiedyś tłukłam "Ministerstwo Spraw Zewnętrznych" i przez 30 stron nic mi nigdzie nie zaświtało. Na szczęście wyłapałam błąd przy sczytywaniu i aż się za głowę złapałam, że jak mogłam zapomnieć, że to ma być "Zagranicznych" :D
Użytkownik: Vemona 28.03.2018 10:42 napisał(a):
Odpowiedź na: Sama bym chciała takiego ... | alva
:D

Człowiek rozsądny to jeszcze, faktycznie zafiksować się można, ale ubawiły mnie te resztki. :) Mam skojarzenie z książką Złota mucha (Chmielewska Joanna (właśc. Kühn Irena)), gdzie autorka wykorzystała dokładnie tę samą grę słów, tyle że używając ich jako nazwiska - człowiek nazywał się Szczątek, a jej pchała się na usta Resztka. :)
Użytkownik: alva 28.03.2018 23:21 napisał(a):
Odpowiedź na: :D Człowiek rozsądny t... | Vemona
Faktycznie, było takie! Gdybym sobie przypomniała o Chmielewskiej, to pewnie łatwiej byłoby mi znaleźć właściwe słowo - te resztki tak mnie ogłuszyły, że długo nie mogłam sobie przypomnieć, co właściwie powinno być zamiast nich :D
Użytkownik: Vemona 29.03.2018 12:10 napisał(a):
Odpowiedź na: Faktycznie, było takie! G... | alva
Resztka ma prawo ogłuszyć :) Szczególnie, że faktycznie pasuje, tłumacz się tak właściwie całkiem nieźle postarał. :)
Użytkownik: janmamut 25.03.2018 00:25 napisał(a):
Odpowiedź na: Słownik mają, i wpisują p... | dot59Opiekun BiblioNETki
Prymas w takim kontekście jest lepszy od tego z dowcipu o milicjancie w sklepie optycznym!
Użytkownik: sowa 26.03.2018 20:10 napisał(a):
Odpowiedź na: Prymas w takim kontekście... | janmamut
Jakiego dowcipu? Mógłbyś przytoczyć, bardzocięproszęuprzejmie?
Użytkownik: janmamut 27.03.2018 11:17 napisał(a):
Odpowiedź na: Jakiego dowcipu? Mógłbyś ... | sowa
Dzieje się to w czasach socjalizmu.

Przychodzi milicjant do sklepu optycznego i mówi:
— Poproszę episkopat!
— Pan miał chyba na myśli epidiaskop? — odpowiada sprzedawczyni.
— Ja dobrze wiem, czego chcę! W szkole milicyjnej byłem prymasem. A pani mi przeszkadza w podjęciu diecezji.

(To rzadki przypadek, gdy chciałbym poznać autora dowcipu. Jak w "Lesiu" pewne dialogi nie mogły zostać wymyślone, tylko zdarzyły się naprawdę, tak tu to musiało zostać wymyślone).
Użytkownik: sowa 27.03.2018 11:58 napisał(a):
Odpowiedź na: Dzieje się to w czasach s... | janmamut
Dzięki. Śliczności.
Użytkownik: sowa 27.03.2018 14:38 napisał(a):
Odpowiedź na: Dzieje się to w czasach s... | janmamut
Tego szukałam – z (nie tak znowu) niewielką-pomocą-przyjaciół – i oto jest: 29.06.2011 "Zakręty losu" i nie tylko... (czyli dlaczego ktoś znowu nie powinien chwytać za pióro)
W zapomnieniu - Agnieszka Lingas-Łoniewska
Użytkownik: verdiana 22.03.2018 01:59 napisał(a):
Odpowiedź na: Nie zrozumiałabym, gdybym... | Vemona
Z tym ściekiem chodziło o kanał dyplomatyczny. I to przecież nawet wynikało ze zdania - To, co nie zostało dopowiedziane, zostanie wysłane kanałem dyplomatycznym. Skąd tu ściek?!
Użytkownik: Vemona 22.03.2018 14:12 napisał(a):
Odpowiedź na: Z tym ściekiem chodziło o... | verdiana
Tego się domyśliłam. :) Jak to, skąd ściek? Jak kanał, to ściek. :P
Użytkownik: verdiana 28.03.2018 22:16 napisał(a):
Odpowiedź na: Tego się domyśliłam. :) J... | Vemona
No w sumie racja. :P
Użytkownik: Czajka 27.03.2018 13:32 napisał(a):
Odpowiedź na: Wirująca chwileczka! :D ... | Marylek
Niedawno właśnie czytałam: https://journals.umcs.pl/fb/article/viewFile/329/3​29
Zwłaszcza podoba mi się "cud był ośrodkiem wszystkich myśli filozoficznych" :)
Użytkownik: sowa 27.03.2018 16:49 napisał(a):
Odpowiedź na: Niedawno właśnie czytałam... | Czajka
„płaski teleskop” też jest fajny; ale jak już się człowiek przestanie śmiać, to go taka zgroza ogarnia...
Użytkownik: alva 27.03.2018 19:33 napisał(a):
Odpowiedź na: „płaski teleskop” też jes... | sowa
"Płaski teleskop" przypomniał mi o tym, jak może zdenerwować brak redakcji książki tłumaczonej przez dwóch tłumaczy. U jednego bohater, żeby przyjrzeć się sytuacji na polu walki, przykładał do oka lunetę, u drugiego - ten sam bohater w tym samym celu do tegoż oka przykładał zwierciadło. To zwierciadło tak bardzo mi do niczego nie pasowało, że nie zdzierżyłam i zapytałam anglojęzycznych znajomych, czy możliwe jest pomylenie tych dwóch słów w angielskim. I okazało się, że owszem. Ale gdyby książka miała redakcję z prawdziwego zdarzenia, to takich kiksów by nie było...
Użytkownik: sowa 27.03.2018 21:48 napisał(a):
Odpowiedź na: "Płaski teleskop" przypom... | alva
Redaktor nie zauważył, bo go nie było – jasna sprawa; ale że tłumaczowi się to lustro nie wydało podejrzane? a przynajmniej na tyle niecodzienne, żeby się nad tym zastanowić? (Co to za książka? Normalnie wyszła?)

Co mi z kolei przypomniało, że podobno w okresie, kiedy nagle nam się ustrój zmienił na żarłocznie kapitalistyczny, niektóre pożalsięboże wydawnictwa dawały różnym tłumaczom do przełożenia "na próbę" (czytaj: bezpłatnie) kolejne rozdziały/części jakiejś książki, a potem łączyły je w całość i wydawały. Do tłumaczeń też się wtedy brała cała masa ludzi niekoniecznie mających pojęcie o tym, co robią.
Użytkownik: alva 03.04.2018 14:52 napisał(a):
Odpowiedź na: Redaktor nie zauważył, bo... | sowa
"Pamięć Światłości" to jest, wydał Zysk i S-ka. Fantastyka, może się tłumaczce wydawało, że tak ma być..? Ale ona tam takich kwiatków nasadziła, że chyba wcale nie myślała, tylko tłukła w klawiaturę. W ogóle nie zapoznała się z poprzednimi częściami i nazwy własne tłumaczyła, jak jej pasuje, albo i nie tłumaczyła w ogóle (jak od początku cyklu "Children of Light" było tłumaczone jako "Synowie Światłości", tak tłumaczka zrobiła z tego [no owszem, poprawne] "Dzieci Światłości" i dość długo byłam przekonana, że to jakaś nowa organizacja albo odłam tej starej), z gramatyką języka ojczystego też miała potężne problemy (z pewnego zdania wynikało, że bohaterka usiadła sama na sobie, jednocześnie stojąc z tyłu za krzesłem...).

A kwestia sklejanych "próbek" to i dzisiaj zmora tłumaczy nie-literackich, niestety - są biura tłumaczeń, które właśnie w taki sposób zarabiają na kliencie z pominięciem w procesie płatności tłumacza :/
Użytkownik: sowa 03.04.2018 18:34 napisał(a):
Odpowiedź na: "Pamięć Światłości" to je... | alva
Ha. I takie rzeczy właśnie to jest horror w stanie czystym, a nie tam King czy inny Masterton...
"bohaterka usiadła sama na sobie, jednocześnie stojąc z tyłu za krzesłem" - powiedzmy, że w fabule powieści fantastycznej żadna sztuka, ale zrobić taką akrobację wyłącznie za pomocą gramatyki – no, to już mistrzostwo :o).
Użytkownik: verdiana 20.03.2018 23:33 napisał(a):
Odpowiedź na: "skąd wiadomo, czy dzieło... | Marylek
BTW, wielu autorów zaczynało karierę od redakcji lub korekty właśnie. Aczkolwiek patrząc na to, ile jest błędów w ich książkach, nie wiem, jak to możliwe, że ktoś ich zatrudnił do redakcji!
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 20.03.2018 10:14 napisał(a):
Odpowiedź na: "a ja właśnie parę dni te... | Monika.W
Trudna jest rola redaktora; ja co prawda nigdy nie pracowałam w tym charakterze przy beletrystyce, tylko przy literaturze fachowej, i to jest trochę inna para kaloszy, bo jeśli ktoś pisze o wycinaniu migdałków albo o organizacji lecznictwa ambulatoryjnego w Austrii, to oczekuje się, że jego styl będzie dostosowany do rodzaju publikacji, a język zrozumiały dla czytelnika i bez rażących błędów. A ponieważ fachowość w dziedzinach okołomedycznych nie zawsze idzie w parze ze zdolnościami językowymi, zadaniem redaktora jest doprowadzić tekst do takiego stanu, w którym czytelnik będzie mógł przyswoić zawartą w nim wiedzę, nie zgrzytając zębami po każdym kiksie stylistycznym czy błędzie gramatycznym. I żaden autor się o to nie obraża, przynajmniej mnie się nie zdarzyło.
Ale tekst literacki to jest całkiem co innego - tu styl i język bywa elementem prawie tak ważnym jak treść, czasem wręcz wyróżniającym danego autora. I czytelnikowi, i redaktorowi może osobiście nie odpowiadać, że np. Jelinek używa niezliczonych powtórzeń, Stasiuk klnie jak szewc, a Saramago nie wyodrębnia dialogów, ale nie jest to kwestia podlegająca ingerencji redaktorskiej. Natomiast rolą redaktora powinno być podkreślenie takich "kotów z sierścią wpadającą w blond" i "powrotów autobusem do drugiej przegrody", wyłapanie błędów merytorycznych (to już nie z tej książki) - że neurolog to nie to samo, co neurochirurg, że średniowieczni Europejczycy nie jedli kartofli, że jeśli bohater miał na początku książki 30 lat, a akcja się toczy na przestrzeni pół wieku, to pod koniec nie może mieć 60, tylko 80, itp. itd. - i jasne zakomunikowanie autorowi, że jeśli błędów nie poprawi, książki nie będzie można przyjąć do druku. A najwyraźniej w niektórych wydawnictwach się tego nie robi...
Użytkownik: verdiana 20.03.2018 23:23 napisał(a):
Odpowiedź na: "Redaktor (według mnie) n... | LouriOpiekun BiblioNETki
To się robi tak.
Redaktor zaznacza zdanie, które autor ma poprawić. Wysyła takie zdania z jednego dnia do autora. Normalnie autor odpowiada na bieżąco, redaktor robi redakcję nadesłanych zdań i podmienia je w tekście. ALE zdarzają się autorzy, którzy mają gdzieś odpowiadanie w terminie. Jeśli redaktor skończy pracę i musi odesłać tekst wydawcy, to uprzedza go, że autor ma nadesłać te zdania (i są one oznaczone w tekście). Ale co potem z tym zrobi wydawca, to tego już redaktor nie wie. Potem wydawca puszcza taki tekst z niepoprawionymi zdaniami i wszyscy zwalają to na redaktora.

Zdarza się, że redaktor jest niedouczony. Spotkałam się z czymś takim. Jeden z tekstów KR poprawiała jakaś panienka, która obok cytatu z Heideggera (przepisany był poprawnie) napisała autorowi, żeby przeredagował ten cytat tak, żeby był bardziej zrozumiały. Bo jest niejasny! Takich kwiatków narobiła tyle, że KR zabrał książkę z tego wydawnictwa i nigdy już u nich niczego nie wydał. ;)

Tak poza tym to autor może się nie zgodzić na poprawki. Jeśli ma renomę, jest z wyższej półki, to się jego zdanie bierze pod uwagę. I czasami mamy przypis, że na poprawienie tego zdania autor się nie zgodził. Bo redaktor się pod tym podpisać nie chce. ;)

Generalnie problemem na polskim rynku wydawniczym jest to, że większość wydawnictw zatrudnia albo znajomków, albo po cv - ludzi z wykształceniem kierunkowym. Tymczasem na ogół poloniści są najgorszymi autorami, robią najwięcej błędów. I redaktorzy podobnie. To tylko słowo/obraz wysyła kandydatom do pracy tekst testowy. I są w nim różne kwiatki, np. jakiś wiersz, który nie istnieje ani w Internecie, ani nawet na papierze, tylko na mikrofilmach w Bibliotece Narodowej i redaktor musi się tam wybrać. Jak mu się nie będzie chciało, to od razu widać, bo nie znajdzie błędów. ;)

Redaktor musi nawet sprawdzać cytaty w obcych językach, których nie ma obowiązku znać przecież. Generalnie to należy do redaktora merytorycznego, ale takiego to chyba żadne wydawnictwo w Polsce nie zatrudnia. No chyba że jakieś ściśle naukowe wydawnictwo.
Użytkownik: verdiana 20.03.2018 23:06 napisał(a):
Odpowiedź na: Koszmar. Przeczytałaś ca... | Monika.W
Moniko, masz całkowitą rację. Redaktor nie może napisać książki od nowa. Co prawda w tych cytatach większość błędów to sprawa korektora, a nie redaktora, ale redaktor nie jest od zmieniania stylu. Może zmienić szyk w zdaniu, może podzielić długie zdanie na kilka krótszych. Może dodać akapity, jeśli są za rzadko. Poza tym sprawdza wszystko (np. poprawność cytatów), co się da, i robi też redakcję techniczną. Nie zajmuje się korektą ani pisaniem zdań od nowa. Redaktor wskazuje autorowi zdania do poprawki. Nie pisze ich od nowa za autora. Już to kiedyś pisałam w bnetce. Oczywiście zdarzają się nieuczciwe wydawnictwa i nieuczciwi redaktorzy, którzy piszą książkę od nowa. Raz poprosiło mnie o to bardzo znane wydawnictwo, ale jak zobaczyłam tekst, to odmówiłam. Mimo to ktoś jednak się na to zgodził! Bo książka wyszła. I była napisana totalnie, totalnie inaczej niż tekst, który widziałam.
Użytkownik: ahafia 18.03.2018 12:22 napisał(a):
Odpowiedź na: Najnowsza lektura Czepliw... | dot59Opiekun BiblioNETki
Jest to tak nieudolne, że boli nawet czytanie fragmentów - coś na poziomie wypracowania szkolnego egzaltowanej i nieobytej z literaturą, a przede wszystkim językiem polskim nastolatki. Tym większą zagadką pozostaje dla mnie patronat Biblionetki. (No chyba, że chodzi o to, że pecunia non olet, ale tego nie wiem)
Użytkownik: misiak297 18.03.2018 12:42 napisał(a):
Odpowiedź na: Jest to tak nieudolne, że... | ahafia
Kurhanek Maryli, czyli jak znalazłem murowaną kandydatkę na gniota roku - to też ma patronat. Książka tego samego wydawnictwa.
Użytkownik: ahafia 18.03.2018 14:29 napisał(a):
Odpowiedź na: Kurhanek Maryli, czyli ja... | misiak297
Czepiasz się, a przecież ludzie z wydawnictwa wyraźnie piszą: "Kierujemy się intuicją i własnymi zamiłowaniami" - no mają ludzie zamiłowania, a do tego intuicję i już ;) A poważnie, to włos mi się na głowie jeży, gdy trafiam na takie pokraki, a jest ich coraz więcej. To już nie jest kiepska literatura na poziomie Kalicińskiej czy Wiśniewskiego, lecz coś znacznie gorszego. I nie to jest najstraszniejsze, że ludzie piszą i wydają, tylko, że rozpowszechniają, a portale takie jak nasz, które powinny stać na straży jakości, coś takiego promują.
Użytkownik: Anna125 18.03.2018 13:12 napisał(a):
Odpowiedź na: Najnowsza lektura Czepliw... | dot59Opiekun BiblioNETki
Dziękuję Dot za czytatkę. Jeszcze przyszedłby mi do głowy pomysł zakupienia lekkiej i trochę pogłębionej książki dla dziewczynki i OMG. Ustrzegłaś mnie przed okropną pomyłką i chyba będę musiała się przyjrzeć poziomowi książek wypożyczanych przez znajome nastolatki z biblioteki.

Nie do przeczytania, podziwiam trud. Chciałam sprawę przemyśleć przez noc, poszukać pozytywnych stron (wczoraj przeczytałam czytatkę) lecz dzisiaj, wypisane przez Ciebie przykłady wydają mi się jeszcze gorsze.
Tak nie można pisać, a ważniejsze - po co wydawać taką książkę i to jeszcze traktującą o problemie dziewczynki z cukrzycą. Język jest tak infantylny i powierzchowny, że nie do zniesienia i wolę już nie pytać się , czy chociaż informacje na temat życia z cukrzycą są wiarygodne.
Użytkownik: verdiana 20.03.2018 23:49 napisał(a):
Odpowiedź na: Dziękuję Dot za czytatkę.... | Anna125
Ostatnio czytałam niewydaną książkę. Miałam ją ocenić, czy się nadaje do wydania. Już nie robię redakcji, ale ilość błędów w tej książce, błędów wszelkich rodzajów, był taki, że żaden z moich autorów nie odważyłby się takiego tekstu wysłać wydawcy, a i tak ja się często dziwiłam, że autorzy-erudycie robią takie błędy. Uśmiałam się, kiedy autorki pomyliły neurologa z urologiem, ale to błąd merytoryczny, a redaktora merytorycznego nikt nie zatrudni, nawet jeśli przyjmą to do druku. Ja byłam na nie, ale patrząc na to, co się teraz wydaje, to czekam, aż zobaczę tę książkę w księgarni. ;>

Wydawcy wydają taki chłam, bo właśnie to się najlepiej sprzedaje niestety. I taki chłam ma znacznie większe szanse na wydanie niż książka z wysokiej półki, która się "nie sprzeda". Tak więc nie ma co narzekać na wydawanie własnym sumptem, bo owszem, to mogą być książki tak złe, że nikt ich nie chciała, ale może być też dokładnie odwrotnie - to mogą być książki tak dobre, że nike ich nie chce wydać. Pracowałam kiedyś dla Vesper. W planie było wydanie kilku dzieł Quignarda. Wyszły chyba tylko 2. Okazało się, że nakład Quignarda w wysokości zaledwie 2000 egz. schodził przez 2 lata. Natomiast kawalarz żydowski w nakładzie 20 tys egz. zszedł w... 2 miesiące. Dobra książka się po prostu nie sprzedaje. Jeśli wydawnictwo nie znajdzie sponsora, dzięki któremu opłaci pracowników, to nie wyda ani jednej dobrej książki. Dobra książka nie przynosi żadnych zysków. Jest święto w wydawnictwie, jeśli wyjdzie na 0, bo na ogół przynosi tylko straty. Nawet najlepsze wydawnictwo musi wydawać chłam, żeby to on finansował dobre książki. A często i tak rezygnuje z dobrej książki, bo albo spodobał się wydawcy dobry zarobek z chłamu, albo mimo sponsora po prostu go nie stać.
Użytkownik: Anna125 23.03.2018 19:30 napisał(a):
Odpowiedź na: Ostatnio czytałam niewyda... | verdiana
Bardzo mnie martwi to, co napisałaś i nie chcę się z tym pogodzić. Może uprawiam donkiszoterię lecz przynajmniej świadomie:), co mnie cieszy, gdyż nie lubię kiedy coś pęta się w nieświadomości:DDD, chociaż i tak się snuje.
Tym Quignardem to mnie zelektryzowałaś. Bardzo ciekawy i bardzo dziękuję za informację.
To, że wydawnictwo musi wydawać popularniejsze pozycje - rozumiem i powoli zgadzam się tj. akceptuję, sama przecież czytam wszystko, co mi w ręce wpadnie i nie są to arcydzieła. Różne rzeczy, sprawy mnie poruszają. Pamiętam spotkanie z K.Jandą, opowiadała o wystawianych sztukach, repertuarze i teatrze. Chyba wtedy to do mnie dotarło. Powiedziała, że sztuki bardzo ambitne, erudycyjne, trudniejsze finansują z tych lżejszych, popularnych. Spodobał mi się taki model biznesowy. Znajomi byli ostatnio na sztuce prawie pięciogodzinnej (kupili wejściówki, biletów nie było) i wyszli wstrząśnięci (nie zamieszani, gdyby odnieść się do Bonda). Płaczę, kiedy sponsora nie stać, płacze kiedy nie ma mecenatu państwa na eksperymenty "ujęcia rzeczywistości".
Użytkownik: verdiana 28.03.2018 22:28 napisał(a):
Odpowiedź na: Bardzo mnie martwi to, co... | Anna125
Ja też się z tym nie umiem pogodzić. ;( Ale o tym się nie mówi już tylko w kuluarach, jak wcześniej, wydawcy mówią to otwarcie. Jakiś rok temu czytałam o tym w wywiadzie z wydawcą (ale nie pamiętam jakim) i on otwarcie przyznał, że nie wydaje dobrych książek, bo "ludzie ich nie chcą kupować". A potem kolejny wydawca gdzieś powiedział, że w zeszłym roku nie wydał 17 dobrych książek z tego samego powodu - ludzie wolą chłam. Ten ostatni to chyba był wydawca z Muzy, ale nie dam ręki uciąć. Liczba 17 utkwiła mi w pamięci. W takich momentach myślę, że się jednak powinno zmuszać do czytania, bo to za cudze nieczytanie albo czytanie wyłącznie chłamu konsekwencje ponoszą pozostali czytelnicy. To się nie powinno dziać w ogóle!

Odnośnie do Quignarda, to polecam bardzo moją jego ulubioną książkę Życie sekretne (Quignard Pascal). Możesz się pobawić w szukanie redakcyjnych błędów (nie korekcyjnych, to nie moja działka), jak nad tą książką pracowałam, to już od kilku lat miałam demencję, nie wiedząc o tym. Ale pracowało mi się cudownie, zwłaszcza że to Rutkowski Krzysztof (ur. 1953) ją tłumaczył.
Użytkownik: Anna125 29.03.2018 22:51 napisał(a):
Odpowiedź na: Ja też się z tym nie umie... | verdiana
„Pisanie utula mowę w milczeniu”, książka już do mnie jedzie. Kiedy napisałaś po raz pierwszy, poprzeglądalam w necie wydane po polsku książki i przeczytałam wywiad w TP z Rutkowskim o Quignardzie. Obaj cudni.
Hi, hi - z zabawą w poszukiwanie błędów redakcyjnych, nie mam szans. Dwa powody: błędów nie będzie, a nawet gdyby się jakiś trafił, to poddaję się - nie zauważę :). Aby moc odpowiedzieć, musiałam sprawdzić, co to dokładnie znaczy ta „redakcja”. Skłaniasz mnie do ciągłych wędrówek po Internecie :). Dorozumiałam się, że chociaż teraz jest „wash and go”, albo nawet i tego brakuje, to kiedyś była redakcja, adiustacja i korekta. Wszystkie posługiwały się dziwnymi znakami dla wtajemniczonych. Znaki zdają się logiczne, w tym wyjaśnieniu podawano przykłady, pewnie takie dla opornych, ale dzięki temu zrozumiałam różnice. Jednakże narysować znak, a wiedzieć, gdzie go postawić dzieli głęboka woda :). Trudna, wymagająca praca. Poniżej streszczę to, co zapamiętałam, abyś w razie czego poprawiła, jeśli coś nie tak.
Redakcja to opracowanie tekstu pod względem merytorycznym i stylistycznym (budowa całej publikacji, w tym tekstu; poprawianie błędów językowych i stylistycznych; poprawianie błędów merytorycznych). Przy czym przez tekst rozumie się wszystko, a nie tylko sam tekst, a więc również: tabele, aneksy, spis treści, przypisy itd. Adiustacja to przygotowanie tekstu do druku pod względem technicznym i graficznym (czyli wygląd, a więc jeśli coś żle wygląda to przez brak pracy takiego specjalisty). Nazywa się go go redaktorem technicznym, choć była adnotacja, że obecnie robi to (coraz częściej) redaktor merytoryczny lub doświadczony składacz. Na samym końcu jest korektor poprawiający na próbnych odbitkach drukarskich lub maszynopisach (poprawia również te błędy, ktore wkradły się na wcześniejszych etapach, lecz nie miesza się do merytoryki).

Co do zmuszania do czytania to nadal jestem ZA. Z czytaniem jest jak z jeżdżeniem na rowerze, czy pływaniem. Zanim się nauczysz musisz swoje przejść. Najpierw podtrzymuje cię ojciec na kijku przymocowanym do siodełka i biegnie za tobą, kiedy ty pedałujesz. Wreszcie puszcza cię i ty bach lecz któregoś dnia nagle umiesz już balansować i możesz nawet pruć z górki na pazurki. No teraz są rowerki trójkołowe, lub z dwoma dodatkowymi kołkami z tylu, ale nie wiem na ile to skuteczne i przyspiesza naukę. Jeśli ktoś nigdy nie czytał, bądź niewiele to nie wie, jakie to przyjemne i pomaga w życiu lecz patrzy na wyścigówkę, rower miejski, czy górski z lękiem lub obojętnością,
Użytkownik: verdiana 30.03.2018 05:52 napisał(a):
Odpowiedź na: „Pisanie utula mowę w mil... | Anna125
Jasne, że będą błędy! Nikt nie jest maszyną. A do tego starałam się zmieniać jak najmniej, bo to było tłumaczenie, nie oryginał, moja zmiana byłaby już trzecią, normalnie głuchy telefon. ;)

Oj, coś pokręcili chyba w tych opisach. Odkąd pracowałam, nigdy tak nie było, nie wiem, jak wcześniej. ;) Przede wszystkim szanujące się wydawnictwa nie pracują na wydrukach. Wydruki powodują, że przeocza się więcej błędów, bo na białym rażącym tle źle widać, a poza tym ktoś i tak musi to potem przenieść na komputer, więc ma znowu okazję na przeoczenie paru błędów i dodanie paru nowych, swoich. Dlatego odpadają znaki. Co prawda w jeden dzień się ich nauczyłam, żeby zrobić redakcję tekstu testowego, kiedy aplikowałam do sot, ale nigdy potem nie miałam na szczęście okazji, żeby ich używać.

Normalnie jest tak, jak pisałam gdzieś ostatnio w czytatce Dot.
Redaktor językowy/filologiczny - zajmuje się tylko tekstem.
Redaktor merytoryczny - zajmuje się sprawdzaniem, czy nie ma błędów merytorycznych.
Redaktor techniczny - zajmuje się błędami technicznymi.
Potem wchodzi korektor i robi korektę oraz sprawdza, czy np. fabuła jest spójna, jeśli to książka fabularna.
Następnie książka idzie do składu, którym zajmuje się składacz.
Czasami składacz jest też grafikiem, a czasami grafik jest oddzielnie - przygotowuje okładkę i umieszcza tam blurba. Składacz i grafik nie mają prawa wprowadzać żadnych zmian do tekstu. Składacz zajmuje się np. poprawnym ustawieniem przenoszenia wyrazów i nie ma prawa popełniać w tym błędów! Ale to robi. Podobnie jak grafikowi nie wolno zmieniać tekstu blurba, a niestety też to robi. :/

Po składzie powinna być druga korekta - robiona już na wydruku i - skoro składaczowi nie wolno zmieniać tekstu - to dotyczy ona raczej kwestii technicznych i błędów technicznych, nie wolno np. przenosić wyrazu na końcu strony, którą przewracasz: cały wyraz ma być albo na jednej stronie, albo na drugiej.

Tak powinno być, ale nie jest. Wydawcy na siłę oszczędzają akurat na tym, czego brak powoduje, że książka jest bublem. :/ Nie zatrudniają redaktora merytorycznego (jego obecność jest tak rzadka, że w ciągu ostatnich kilku lat widziałam takiego redaktora tylko w jednej książce; to właśnie brak redaktora merytorycznego powoduje takie błędy jak wirująca chwileczka).
Nie zatrudniają redaktora technicznego (tu z kolei mamy takie kwiatki, o jakich pisałam ostatnio odnośnie do "Zaginionego miasta Z").
Każą redaktorowi filologicznemu robić jednocześnie redakcję techniczną (tak było we wszystkich wydawnictwach, w których pracowałam). Oczywiście za jednym razem, bo gdyby redaktor robił to oddzielnie (a tak być powinno), to wydawca musiałby zapłacić podwójnie, a tak to za 2 zlecenia płaci raz. Czysty zysk, nie?
Nie robią korekty po składzie ani korekty blurba (stąd błędy na okładkach [na jednej nazwisko autorki Matuszewska brzmiało - Matiszewska] oraz błędnie przenoszone wyrazy (bo składaczowi się nie chce tego zrobić poprawnie, bo po co, skoro czytelnik i tak zwali winę na redaktora albo korektora).

Najczęściej w większości wydawnictw robiłam jednocześnie redakcję filologiczną, techniczną i merytoryczną, wyrabiając potrójną normę w czasie, w którym robi się tylko jedną z wyżej wymienionych redakcji. Tak więc jeśli miały być robione 3 redakcje, to jest doba na 10 stron redakcji filologicznej, doba na 10 stron redakcji technicznej i doba na 10 stron redakcji merytorycznej. Razem 3 doby. Tyle że ja musiałam zrobić to oczywiście w ciągu tej jednej doby. A do tego opracować przypisy. Czasami tego biednego redaktora obarcza się też robieniem indeksów, spisu treści oraz znalezieniem ilustracji (np. w sot). Redaktor ma też prawo dopisywać własne przypisy i u KR czasami to robiłam. Musimy też sprawdzać cytaty w nieznanych nam językach i w ogóle cytaty (czy autor przepisał je bez błędu). A miałam taki przypadek, że zacytowany był wiersz, którego nie było ani w Internecie, ani nawet w postaci papierowej, tylko na mikrofilmach w Bibliotece Narodowej. ;) I generalnie nie wolno nam zmieniać cytatów, ale raz w porozumieniu z autorem poprawiłam ortografa w jakimś cytacie.

Oczywiście tak naprawdę zajmowałam się tylko redakcją filologiczną i techniczną, a merytoryczną tylko wtedy, kiedy coś wzbudzało moje wątpliwości. Z braku czasu musiałam polegać na autorze - że wie, co pisze. ;) A cytaty w obcych językach też wysyłałam autorowi z prośbą, żeby dokładnie sprawdził. Gorzej bywało, jak autor cytował język, którego nie znał, wtedy wrzucałam cytat na fb i prosiłam o pomoc. ;) Spróbuj np. sprawdzić coś w starogreckim. ;)

Odwalałam spory kawał pracy za korektora też, bo nie byłam w stanie się powstrzymać. Pisałam do poradni językowych, jeśli czegoś nie było w słowniku. Do dziś pamiętam pytanie o to, jak odmienić męskie (!!) imię i nazwisko brzmiące Eugene Savitzkaya. Facet przejął nazwisko matki, tylko z błędem: zamiast Eugene Savitzki(y), to się nazwał Savitzkaya. I teraz sobie odmień - kogo? czego? nie ma - Eugene'a... jakiego? :D W dodatku w poradni dostałam częściowo błędną odpowiedź. ;D

Średnio na 10 stron redakcji (mówię o książkach sot-u, KR, Limona itd.) miałam dobę, a zdarzyło się raz, że wydawca potrzebował redakcji dość trudnej książki teatrologicznej - na cito, w terminie przyśpieszonym, 2 razy krótszym. Zgodziłam się, po czym jak ją dostałam, okazało się, że w książce jest więcej przypisów niż tekstu właściwego. Wiesz, jak wyglądają przypisy w Wordzie? Są pisane maczkiem na dole strony. I miałam właśnie taki plik. 1/5 strony, a często mniej, to był tekst, a reszta to ten maczek. Czyli tak, jakby książka była ze 3 razy grubsza niż normalnie, a ja miałam 2 razy mniej czasu niż normalnie. I zdążyłam, a wydawnictwo przyjęło moją pracę. ;)

Brak redaktora merytorycznego jest bardzo odczuwalny np. w książkach takich jak Mroza cykl o Chyłce. Bo najwyraźniej nikt mu nie powiedział i nikt nie poprawił spójności fabuły z rzeczywistością.

Dobra, zmykam spać, bo już nie trafiam w klawisze i nie widzę, co piszę. ;)
Użytkownik: Marylek 30.03.2018 08:11 napisał(a):
Odpowiedź na: Jasne, że będą błędy! Nik... | verdiana
A czy w dobie składu komputerowego pracują jeszcze składacze? Albo ktokolwiek, kto sprawdza, czy program komputerowy nie popełnił błędu? Zdarza mi się bowiem widzieć błędy typu pozostawienia dywizu w środku wyrazu, chociaż jest on w całości w jednej linijce, bo program nie dzieli wyrazów. Być może zasad dzielenia wyrazów nawet nie uczy się już w szkole, skoro wszystko pisane jest na komputerze, a komputer nie dzieli.
Użytkownik: verdiana 30.03.2018 23:47 napisał(a):
Odpowiedź na: A czy w dobie składu komp... | Marylek
Jasne, nie da się tego zrobić automatycznie. Oni przecież mają program do składu, a mimo to sami nie umieją poprawić błędów programu i jeszcze trzeba po nich poprawiać, robiąc korektę składu. A że się jej nie robi... ;( Tak jak pisałam wyżej - te błędy są wprowadzone przez składacza, chociaż im nie wolno po korekcie wprowadzać już żadnych zmian w tekście. Mogą wyłącznie podzielić poprawnie wyrazy i nic więcej. Nie powinni wprowadzać takich zbędnych dywizów w środku tekstu.

Komputer dzieli, jak włączysz dzielenie, ale na ogół dzieli źle. I to Word nawet dzieli. Ale nie stosuje się tego, bo składacz, wpuszczając tekst do swojego programu (nie wiem, czy jeszcze używają Texa, czy nie), i tak musiałby to wyłączyć i robić od nowa. Jak dostaję plik z dzieleniem, to je wyłączam. W sumie to nie lubię dzielenia w książkach w ogóle. Sama nie używam prywatnie i wolałabym książki bez. No ale wtedy wystarczyłoby przerobić doca na mobi i masz gotowego ebooka na sprzedaż. ;)

Użytkownik: Anna125 30.03.2018 16:30 napisał(a):
Odpowiedź na: Jasne, że będą błędy! Nik... | verdiana
O, bardzo dziękuję za objaśnienie :*). Szalenie ciekawe to, co piszesz.
Trafne określenie - "głuchy telefon". Zastanawiałam się, jak to jest, że po procesie poprawiania (zwłaszcza w przypadku tłumaczeń) utwór może pozostać autorskim. I w tej dyskusji wspomniano o tym lecz w innym kontekście, że to tłumacz, redaktor przez swoją ingerencję może stworzyć książkę wielką, inna itd. Trudno tu o równowagę i rzeczywiście najlepiej jest kiedy autor i osoba poprawiającą współpracują ze sobą.

No to teraz wiem, jak to się dzieje i co powinno podlegać pracy wydawniczej. Świetnie to wyłożyłaś. Artykuł, z którego zaczerpnęłam informacje, był pewnego profesora, lecz nie mogłam odnaleźć daty napisania, może pisał o zamierzchłych czasach. Trochę mnie zadziwił maszynopis i składacz lecz pierwsze przełknęłam, ponieważ wolę pracować na wydrukach, pomagają w skupieniu uwagi, więcej widzę i szybciej pracuję. Naturalnie to nie jest żadna poważna redakcja, czy korekta dużych partii tekstów, raczej poprawianie krótkich komunikatów, maili oraz często dość ostra ingerencja w klimat testu, więc porównywać w żadnej mierze nie wolno. Ciekawe, co piszesz na temat kontrastu: czarne odbija się i łatwiej przeoczyć błędy. Składacza zaś wyobrażałam sobie jak zecera z bardzo dawnej przeszłości, cholernie ważna rola myślę sobie, teraz - kiedy napisałaś. Przed chwilą sprawdziłam zecer to inaczej składacz (niem. Setzer).

W sumie to myślę, że każda z ról jest ważna. Strasznie dużo pracy. Nawet więcej niż sądziłam. Przykłady podawane przez Ciebie mnie zdumiały - toż to wyzysk człowieka (chodzi o te dziesięć stron i przypisy). Oj, znam takie książki, w których przypisy są na pół strony drobnym maczkiem jak na ulotkach w lekach lub niektórych umowach. Irytuję się przy samym ich czytaniu (chociaż niekiedy ciekawsze niż treść), a co dopiero poprawianiu. Podoba mi się, że odsyłałaś cytaty do autora, w końcu powinien wiedzieć, co cytuje.

Jeszcze raz dziękuję:) Czułam, że te wieści z artykułu powinnam skonfrontować z żywą wiedzą. Jednak co człowiek, to człowiek, jest najlepszym źródłem informacji.
Użytkownik: verdiana 31.03.2018 00:08 napisał(a):
Odpowiedź na: O, bardzo dziękuję za obj... | Anna125
Tak, zdecydowanie lepiej, kiedy autor współpracuje. Albo tłumacz. Tłumacz literatury pięknej w zasadzie nie tłumaczy, tylko prze-powiada, jak to mawia KR. To nie jest kopia 1:1, tak zwana rybka. To nowa jakość, dodana jakość. Tłumaczenie ma oddać sens oryginału, a nie być wierną kopią. Niektórzy tłumacze tego nie rozumieją, a potem mamy w książkach teksty typu "nawijał mi makaron na uszy" albo "wkładał mi fiołki do uszu", przy czym wcale nie chodziło o makaron i fiołki. ;)

Autorzy i tłumacze na ogół współpracują, ale ta współpraca jest różna. Jednego można mieć do dyspozycji w każdej chwili, odpisuje na wszystkie maile, możesz go pytać o wszystko i prosić o wykonanie różnych zadań, o poprawienie zdania jego ręką, o ponowne sprawdzenie cytatu w obcym języku. A drugi niby podał maila, ale nie odpisuje albo odpisuje raz na tydzień. Nie udziela odpowiedzi, uważa się za mistrza i nie chce wykonywać zadań dla plebsu. ;>

Zbyt duży kontrast (biały papier) + za mała czcionka + dodatkowe błędy przy przenoszeniu poprawek z wydruku do pliku + dodatkowy czas, który jest na to potrzebny - to bolączki pracy na wydrukach, dlatego się ich już nie stosuje. Poza tym, że na wydruku mniej zauważysz, to jeszcze znaki są nieczytelne, jeśli jest ich dużo, a w redakcji jest ich dużo. ;) Po takiej pracy powstaje np. książka typu "Zaginione miasto Z" WABu. Po ilości błędów widać, czy redakcja była robiona na wydruku.

Składacz jest bardzo ważny w takich książkach jak te sotu. Tekst musi wyglądać nie tylko ładnie, ale masz kupę roboty nad przypisami, spisami treści, indeksem itd. Przy zwykłej prostej beletrystyce to w zasadzie wystarczyłby nawet plik pdf, jaki redaktor wysyła do wydawcy po pracy. Z niego od razu można robić mobi. ;)
Użytkownik: ahafia 31.03.2018 09:33 napisał(a):
Odpowiedź na: Tak, zdecydowanie lepiej,... | verdiana
Niezwykle interesująca dyskusja. Nie zdawałam sobie sprawy, że wydanie książki wiąże się z aż tak skomplikowanym procesem i tak wiele osób jest (albo powinno być) weń zaangażowanych.

Wiele z tych informacji bardzo pomoże mi w pracy, a przynajmniej spróbuję mieć więcej cierpliwości, bo co zrobić z klientem, który zupełnie nie potrafi pisać? Teksty są techniczne, klient trochę zna język, a do tego jest przemiłym człowiekiem i gadułą, ale za styl i logikę wypowiedzi pisemnych należałoby mu kazać klęczeć na grochu. To bardzo trudne, aby zadbać o poprawność tekstu (czytaj: napisać go na nowo) zadowalając przy tym twórcę. Szukanie informacji do tłumaczenia i uczenie się są fascynujące, ale znajdowanie sensu w treści oryginału (bo bywa, że autor ucieka w poezję;)) doprowadza mnie czasem do szału.

Mam też za sobą przygodę, gdy z koleżanką tłumaczyłyśmy naukowy tekst Czecha piszącego po polsku. Obie jesteśmy fachowcami w dziedzinie autora, ale musiałyśmy rysować, aby spróbować zrozumieć co też miał na myśli i do końca nie miałyśmy pewności, czy trafiłyśmy.

Natomiast literatura piękna to wyższa szkoła jazdy i prócz znajomości języka potrzebny jest też talent literacki, co piszę, będąc w trakcie lektury wyjątkowo kostropato tłumaczonej książki.

Z Twoich Verdiano wypowiedzi wyczytuję, że bywasz i bywałaś w gorszych sytuacjach. Czy rozważałaś kiedykolwiek napisanie poradnika dla zbłąkanych owieczek (takich, jak ja) oraz dociekliwych czytelników? To naprawdę bardzo ciekawe i zupełnie inaczej się czyta tekst, gdy jest się uzbrojonym w taką wiedzę.
Użytkownik: verdiana 31.03.2018 16:26 napisał(a):
Odpowiedź na: Niezwykle interesująca dy... | ahafia
[bnetka skasowała mi ten post już tyle razy, że mam dość. ;(]

Redaktor absolutnie nie może pisać cudzego tekstu od nowa! Jeśli nie wystarczy nieduża zmiana, to takie zdanie odsyła się do autora, żeby je napisał na nowo. Jeśli redaktor napisze je na nowo, to on jest jego autorem i to jego nazwisko powinno być na okładce! Pisanie za autora jest po prostu nieuczciwe i autor nie ma prawa tego wymagać. Znam tylko jeden przypadek, kiedy wydawca tak oszukał czytelników - bo to akurat mnie poprosił, żebym była ghost writerem (inaczej tego nie można nazwać). Ja się nie zgodziłam, ale ktoś inny się zgodził, bo książka wyszła i jest napisana całkowicie od nowa!

Jeśli chodzi o tłumaczenia techniczne, to tu już jest inaczej. Trzeba tłumaczyć możliwie jak najbardziej 1:1, bo tu nie ma być pięknego stylu, który zaciemnia znaczenie, treść, tylko tu ważna jest tylko treść. Trzeba poprawnie przetłumaczyć to, co jest napisane. Tłumaczeniami technicznymi zajmowałam się przez jakieś 10 lat, z czego ok. 5 przepracowałam, tłumacząc teksty wojskowe. To było banalnie proste, nie musiałam się w ogóle zastanawiać, co i jak napisać, wystarczyło napisać poprawnie. Dokumenty angielskie były napisane wzorowo, bez żadnych błędów, więc nie miałam żadnych problemów z tłumaczeniem, ale amerykańskie... ech. Nie miałam świadomości, że to są aż takie nieuki. ;( Pisali zdania, których nie dało się zrozumieć, bo w ogóle nie istniały takie konstrukcje językowe. I nigdy nie udało mi się od nich dowiedzieć, o co im chodziło! Jak im wskazywałam zdanie i pytałam, co mieli na myśli, to NIE WIEDZIELI! Interpretowałam na własną rękę, bo nie mogłam przecież pominąć zdania, a oryginał dawałam obok w nawiasie, ale to totalnie nieodpowiedzialne, bo przecież to nie było jakieś rozrywkowe czytadło, tylko tajne wojskowe dokumenty, od których wiele zależało. :/

W przypadku lit. pięknej faktycznie trzeba mieć talent. Można wtedy mieć tłumaczenie lepsze niż oryginał. ;)

BTW, dziś natknęłam się na coś takiego: "Nasz informator przesłał nam wszystkie ważne dokumenty potwierdzające, że ktoś łamie literaturę prawa". Tak pisze dziennikarz. I nie jest to literówka czy autokorekta, bo w filmie ów dziennikarz mówi dokładnie tak samo. Tak się olewa i słowniki, i korektora. ;(

Nie, nigdy nie myślałam o poradniku. Na pewno jakieś są, są przecież kursy dla redaktorów i korektorów, a poza tym wystarczy się po prostu trzymać słownika i zasad. To nie jest wiedza tajemna. ;) Poza tym sama widzisz, mieści się w 3 postach na krzyż. ;)
Użytkownik: verdiana 31.03.2018 16:34 napisał(a):
Odpowiedź na: Tak, zdecydowanie lepiej,... | verdiana
Tak na marginesie, to tekst "Na Forum BiblioNETki zwracamy uwagę na poprawną polszczyznę, gramatykę i interpunkcję", który wyświetla się w edycji postów, brzmi mocno hipokryzyjnie, skoro ta edycja ma rażąco białe tło i oko po prostu dużo słabiej dostrzega błędy. Te błędy dobrze widać dopiero na beżowym tle postów, ale wtedy już nie można ich poprawić, bo nie da się edytować komentarzy. Słabe to.
Użytkownik: margines 18.03.2018 13:59 napisał(a):
Odpowiedź na: Najnowsza lektura Czepliw... | dot59Opiekun BiblioNETki
Uff!…
Podziwiam takie osoby, jak ty, misiak i podobni, że o sowie „nie wspomnę”, które z nastawieniem altruistycznym i wyraźnie masochistycznie czytają właśnie takie „wybitności” i jeszcze tworzą ich recenzje czy czytatki, żeby innym zaoszczędzić czasu, nerwów, wyrywanych sobie włosów i „zezgrzytanych” zębów.
Użytkownik: gosiaw 19.03.2018 11:00 napisał(a):
Odpowiedź na: Najnowsza lektura Czepliw... | dot59Opiekun BiblioNETki
Ech, cytaty tak "cudne", że zaraz Miszcz Dryjer Marek przychodzi mi na myśl (mój prywatny wzorzec żenady literackiej).
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 19.03.2018 12:23 napisał(a):
Odpowiedź na: Ech, cytaty tak "cudne", ... | gosiaw
Moim faworytem jest kotek (płci żeńskiej, jak się potem okaże), któremu sierść momentami wpada w blond :-).
Użytkownik: sowa 26.03.2018 20:17 napisał(a):
Odpowiedź na: Moim faworytem jest kotek... | dot59Opiekun BiblioNETki
Może z tym kotkiem jest odwrotnie niż z bohaterem piosenki Starszych Panów, i w określonych okolicznościach "włos mu blednie, mina rzednie"?
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 21.03.2018 22:25 napisał(a):
Odpowiedź na: Ech, cytaty tak "cudne", ... | gosiaw
A Dryjerowi wyrósł konkurent nielichy! Wejdź na ten link podany przez Kubę:
nota wydawcy
Od 2 godzin czytamy z Miciusiem po kawałku i umieramy ze śmiechu!
Użytkownik: gosiaw 22.03.2018 08:23 napisał(a):
Odpowiedź na: A Dryjerowi wyrósł konkur... | dot59Opiekun BiblioNETki
Oczywiste, że konkurencja nie śpi, tylko pisze. Ale Dryjer i tak zawsze będzie dla mnie tym jednym jedynym ałtorem najlepszejszym, bo jego prace zachwyciły mnie jako pierwsze i już na zawsze zmieniły mój sposób patrzenia na literaturę, zwłaszcza selfpabliszing. ;D Oprócz warstwy językowej ujmuje jeszcze ta subtelna jak czołg hmmmm... inspiracja(?) Droga (McCarthy Cormac (właśc. McCarthy Charles)).
Ale komentowany kryminał faktycznie zacny. ;)
Użytkownik: sowa 23.03.2018 20:19 napisał(a):
Odpowiedź na: A Dryjerowi wyrósł konkur... | dot59Opiekun BiblioNETki
Zaciekawiłam się – zajrzałam – zwiędłam... Po przebiciu się przez kilkanaście zdań tego dzieła mój organizm włączył funkcję obronną: przestałam rozumieć, co czytam; próbowałam dzielnie kontynuować ze względu na cudne-przecudne komentarze, ale od treści zasadniczej czułam się tak, jakby mnie kto bił po głowie gumowym młotkiem. Jedna z tego korzyść, że już wiem, którędy do Armady :-), za co jestem Ci szczerze wdzięczna.
Użytkownik: hburdon 29.03.2018 12:56 napisał(a):
Odpowiedź na: A Dryjerowi wyrósł konkur... | dot59Opiekun BiblioNETki
Odrywam się od Armady przy fragmencie "Gratuluję doznań. Natomiast aŁtorowi - nieświadomości pisania. Widocznie jego ręka była oddalona od mózgu tak samo jak pilot od telewizora." żeby powiedzieć, że dawno się tak nie uśmiałam. I natychmiast wracam do czytania!
Użytkownik: sowa 23.03.2018 20:40 napisał(a):
Odpowiedź na: Ech, cytaty tak "cudne", ... | gosiaw
Co mnie z kolei przypomina pewną ałtorkę niezwykle popularną (zwłaszcza wśród romansowo nastrojonych nastolatek), która swego czasu zrobiła na nas duże wrażenie; do teraz napisała jeszcze z kilkanaście powieści, ciekawe, czy i jak się rozwija pisarsko... (ale sprawdzać nie będę, instynkt samozachowawczy nie pozwala).
Użytkownik: janmamut 25.03.2018 00:31 napisał(a):
Odpowiedź na: Co mnie z kolei przypomin... | sowa
Kto, kto? (Bo sprawdziłem, że romansowo nastawioną nastolatką nie jestem).
Użytkownik: sowa 26.03.2018 12:57 napisał(a):
Odpowiedź na: Kto, kto? (Bo sprawdziłem... | janmamut
Gdybyś był, nie musiałbyś pewnie pytać, o kogo chodzi :-D: Lingas-Łoniewska Agnieszka (pseud. Sangusz Anka). Jeśli podejmiesz lekturę, podziel się wrażeniami koniecznie.
Użytkownik: janmamut 26.03.2018 13:51 napisał(a):
Odpowiedź na: Gdybyś był, nie musiałbyś... | sowa
Dziękuję! Zobaczyłem, że wydaje ją Novae Res, czyli ci, którzy straszyli blogerkę, która wytknęła im błędy ortograficzne. To dla mnie obietnica jakości blisko Dryjera.
Użytkownik: gosiaw 26.03.2018 14:12 napisał(a):
Odpowiedź na: Dziękuję! Zobaczyłem, że ... | janmamut
Nie aż tak. Wprawdzie mam za sobą jedynie lekturę W zapomnieniu (Lingas-Łoniewska Agnieszka (pseud. Sangusz Anka)) (ciekawość ciekawością, ale mnie też instynkt samozachowawczy na więcej nie pozwolił :)), jednak myślę, że porównania z Dryjerem są w tym przypadku krzywdzące. Owszem, ta powieść to straszna słabizna, ale produkcje Dryjera to nawet nie są słabe - one są wręcz groteskowe. Co nie zmienia faktu, że nie polecam, a wspomniane wydawnictwo także omijam szerokim łukiem. Choć różnie to bywa (vide Abel i Kain (Kwiatkowska Katarzyna (ur. 1976))).
Użytkownik: janmamut 26.03.2018 17:13 napisał(a):
Odpowiedź na: Nie aż tak. Wprawdzie mam... | gosiaw
Wiem, że Dryjer jest jedyny w swoim rodzaju. Tylko dzięki temu czyta się go jak humor zeszytów. A za Abla i Kaina dziękuję! Recenzja wygląda rozsądnie, więc może kiedyś...
Użytkownik: sowa 26.03.2018 18:30 napisał(a):
Odpowiedź na: Wiem, że Dryjer jest jedy... | janmamut
To już lepiej (gdy nadejdzie owo „może kiedyś”) zacznij od pierwszego tomu (i kontynuuj, bo lektura generalnie bardzo przyjemna :-D): Jan Morawski
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 26.03.2018 17:42 napisał(a):
Odpowiedź na: Co mnie z kolei przypomin... | sowa
A otóż sprawdziłam własnoręcznie i własnoocznie, poczyniła postępy!
Taka na przykład powieść Wszystko wina kota! (Lingas-Łoniewska Agnieszka (pseud. Sangusz Anka)) - nie jest to co prawda nic wybitnego, ot, takie czytadełko, trochę wesołe, trochę wzruszające, ale byków pozbawione, i ogólnie napisane już wyraźnie zgrabniejszym stylem.
Użytkownik: sowa 26.03.2018 18:24 napisał(a):
Odpowiedź na: A otóż sprawdziłam własno... | dot59Opiekun BiblioNETki
No proszę! To krzepiące :-).
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: