Dodany: 2018-03-06 03:58|Autor: Pingwinek

Moje ulubione wiersze (i nie tylko!) Ludwika Jerzego Kerna


(Czytatka zdradza co nieco.)

Wiersze na 5... Pisał Kern niekiedy wspaniale. "Czterem łapom" postawiłam nawet 6 (psia poezja z fotografiami)! :)

"Już od dawna, od zarania,
Poprzez wszystkie wieki,
Ciągną się popiskiwania,
Skomlenia i szczeki.
Idą pełne animuszu,
Wspólną z nami drogą,
Cztery łapy,
Para uszu,
Oczy,
Nos
I ogon.

Na tym świecie różnie bywa,
Zabawnie i dziwnie.
Raz jednostka jest szczęśliwa,
To znów wręcz przeciwnie.
W dżungli życia, w życia buszu
Zawsze ci pomogą
Cztery łapy,
Para uszu,
Oczy,
Nos
I ogon.

Mniej tragiczne jest rozstanie,
Snucie się po kątach;
Nawet rozpacz, moim zdaniem,
Inaczej wygląda,
Jeśli na kanapie z pluszu
Leżeć z tobą mogą
Cztery łapy,
Para uszu,
Oczy,
Nos
I ogon.

Trochę kaszy, trochę mięsa,
Trochę tuku w rurze -
I już możesz się poświęcać
Sztuce lub kulturze.
Nie naruszy twych funduszów
Złodziej żaden, bo go -
Cztery łapy,
Para uszu,
Oczy,
Nos
I ogon.

A w ogóle jakoś raźniej,
Weselej co chwilę.
Weźmy taki spacer. Właśnie.
Prawda, ile milej
Iść w zadartym kapeluszu
I czuć za swą nogą
Cztery łapy,
Parę uszu,
Oczy,
Nos
I ogon."
-> "Cztery łapy".

"Wie każdy chyba,
Ja,
I pchła,
I ten, kto psa
Z widzenia zna,
Że tam, gdzie jest już koniec psa,
Pies zwykle ogon jakiś ma.

Ogon ma każdy Miś,
Czy As,
Choć różne są u różnych ras.

Jedne są Dłuższe,
Drugie krótsze,
Jedne - łysawe,
Inne - w futrze,
Różne też przybierają formy,
Bo na psi ogon nie ma normy,

Żadnej tu nie ma sztampy zgoła;
Są więc ogony, jak z piór boa,
Są pełne wdzięku zawijasy,
Są egzemplarze superklasy
I zwykłe pindzie, jak kiełbasy.

A wszystkie te ogony psie
Kiwają się przez całe dnie.
Przez całe dnie w bok, w dół i w górę,
Bo pies już taką ma naturę,
Bo taką ma naturę pies,
Że ogon psa wciąż w ruchu jest.

A o czym mówią te ogony?

O tym, że pies jest zadowolony,
Że dobrze mu,
Że cały świat
Jest pozbawiony większych wad.

Ech, psy, cóż wy o świecie wiecie?
Czytać na szczęście nie umiecie...
Bo gdybyście tak do gazet zajrzały,
Radia wieczorem posłuchały,
W telewizornie pozerkały,
To byście tymi ogonami
Już tak beztrosko nie machały."
-> "Ballada ogonowa".

"Widzimy: pies.
Mówimy: «Pies».
No dobrze, ale co tam wewnątrz jest?

Zewnętrznie wiemy, jak wygląda,
Że niepodobny do wielbłąda,
Że jak się gniewa, to jest zły
I że czasami miewa pchły.

Ponadto z o psie wiadomości
Wiemy, że chętnie jada kości,
Że węch ma silny nienaturalnie
I że uwielbia wręcz latarnie.

To prawie wszystko już, co wiemy.
Poza tym głaskać go umiemy.
Umiemy wołać: «Służ!»
Lub: «Leż!»,
A przecież pies ma wnętrze też...

Podejdzie czasem, proszę pana,
Głowę położy na kolana,
Popatrzy na nas, w górę, tak,
Że słów nam, proszę pana, brak.
Albo kanapa. Na kanapie
Leży jak długi, bywa.
Chrapie.
Nos mu się marszczy,
Warga lata
I warczy jakby gdzieś z zaświata...

Kotlet, pan myśli, mu się śni?
A może jakiś Paryż psi?!
Może szalone krajobrazy
Pełne kokosów i korali,
Które bez żadnej by obrazy
Max Ernst wymyślić mógł lub Dali?
Bo, proszę pana, co pan wie?
Czy kiedy wnikał pan w sny psie?

Ba, to w ogóle wielki temat,
My psa nie znamy, znamy schemat:
Miska, latarnia, suczka, trawka...

A może wewnątrz jest Franz Kafka?

Według Fafika, proszę pani,
My psom jesteśmy bardziej znani...

Ja osobiście raczej bym
Nie sprzeczał się z poglądem tym.

O, wnętrze psie, największa z ciemnic!
Pełneś przypuszczeń
I tajemnic,
Pełneś domysłów
I hipotez,
Nie zapisaneś jak mój notes,
Nieprzeniknioneś jak ta mgła,
O, tajemnicze wnętrze psa!

Kędy psie sny królują,
W nich
Tkwią bombonierki tęsknot psich.
Tych bombonierek jest cały szereg,
Gdyby choć jedną z tych bombonierek
Można otworzyć,
Zajrzeć w nią -
Rozgryzłby człowiek sprawę psią.

Ale niestety, mesdames, messieurs,
Trudno rozwikłać tę całą kwestię.
Tak więc nie wiemy dalej nic
I byle kundel,
Byle szpic
Ucieka nam w to słowo: «Pies».
I człowiek znów bezradny jest."
-> "Co się dzieje w psie?".

"Ja bardzo proszę, niech się pies nie wzbrania,
Po co te miny, na co te grymasy?
Każdemu bije godzina kąpania,
Do wanien włażą największe brudasy,
Plecy namydla nieraz szlompa szlompie
I dzikie zwierzę też się czasem kąpie.

Ileż rozkoszy mamy wodzie dzięki,
Jakąż otuchą ciało nam napawa!
Pies będzie łaskaw, proszę, do łazienki,
Oto już czeka woda zielonkawa,
A pani w szlafrok odziana poranny
Stoi ze szczotką u nabrzeża wanny.

Kto się nie kąpał! Gdy spojrzeć daleko
Wstecz, w tamte wieki, w tamte czasy zatra-
Cone, to w wannie widać ośle mleko,
W którym się pławi piękna Kleopatra.
Uchylmy przed nią, psie mój, kapelusza,
Bo czystość, choćby antyczna, a wzrusza.

No nie drżyj, nie drżyj, wznieś do góry czoło,
Są sami swoi, odprawilim czeladź,
Gdyż dzięki temu, że wciąż chodzisz goło,
Nie trzeba przecież z szatek cię rozbierać,
Więc jazda: albo sam skaczesz do wody,
Albo się innej chwycimy metody.

Prawda, że dobrze? Nie bój się, kochany,
Po co ta cała mina nieszczęśliwa?
Fuj, nie bądź głupi, nie jedz, psie, tej piany,
Ona nie z tych jest, co w kremówkach bywa...
Jeszcze momencik, jeszcze tylko uszy,
Potem spłuczemy i niech pies się suszy."
-> "Kąpiel".

"Czterej pancerni z naszego podwórka
To sympatyczna ogromnie czwórka,
Która się składa z Grzesia,
Wiesia,
Ireneusza
I Jurka.
Do tego jeszcze dochodzi pies,
Lecz ten codziennie inny jest.

Psów bowiem dużo jest w naszym bloku,
Miś,
Funia,
Aza,
Dżok
I Sokół.
Ogonem wszystkie machają z szykiem
I wszystkie chcą być - Szarikiem.

Taką ten Szarik ma wielką sławę,
Że chcą Szarikiem być suczki nawet,
Podobno jest to wielka radość,
Sprawiedliwości więc czyniąc zadość,
Żeby nie skrzywdzić żadnego psa,
Co dzień kto inny tę rolę gra.

Który pies właśnie gra Szarika,
Poznać dość łatwo.
To ten, co fika.

Za garażami,
Z boku troszeczkę,
Mają ci czterej pancerni - beczkę.
Żelazną beczkę,
Świat ułudy,
Bo czują się w niej jak w czołgu «Rudym».

To nic, że nikt się nią nie zachwyca,
Że nie spoczywa na gąsienicach,
Że nie jest sprawna jak należy,
Że nie ma działa
Ani wieży,
Że ją powleka rdza i sadza -
Im to zupełnie nie przeszkadza.

Stoją na zbiórce,
Równo,
Pod sznurek,
Grześ,
Ireneusz,
Wiesiek
I Jurek.

Pełnią w swym «czołgu» dyżur poczwórny,
A razem z nimi pies dyżurny.

Czasem z daleka,
Z podwórek obcych,
Przyjdą pod beczkę obcy chłopcy.
Dla nich ta beczka to nic świętego,
Więc podśmiewają się z «Rudego»,
Wołając, że aż boli w uszach:
«Co to za czołg, co się nie rusza!».

Wtedy do akcji
Z beczkowej czerni
Wyrusza pies
I czterej pancerni.
«Nie ma się czego śmiać, koteczki,
Z naszego czołgu,
To znaczy z beczki.
Prawda, że trochę jest za mała,
Brak jej gąsienic,
Wieży
I działa,
Lecz czy nie przyszło wam do głowy,
Drodzy koledzy, coś takiego,
Że to jest tylko czołg pokojowy
Typu podwórkowego?»."
-> "Czterej pancerni".

"W mieszkaniu pewnej ciotki
Urodziły się cztery kotki.
Śmiesznie mruczały,
Guzik widziały -
Trzy czarne,
A jeden był biały.

Uszka miał białe, białe pazury,
A czarnych, zaznaczam, rodziców miał...
Cóż robić, kaprys, wybryk natury.
Spojrzeli rodzice i:
- Miaaaauuuu...
Gazety nawet o tym doniosły.
A kotki?

Kotki rosły.
Minęło kilka ładnych tygodni
I oto biały kotek raz
Do reszty rodziny się upodobnił:
Po prostu w skrzynkę z węglem wlazł.
«Będzie heca - pomyślał - jak w kinie,
Niespodziankę zrobiłem rodzinie.

Będą cieszyć się do szaleństwa
Mama, tata i trójka rodzeństwa,
Bo nie jestem już biały, niezdarny,
Ale czarny, czarny, czarny!!!»
W tym czasie czarna część rodziny
Powzięła plany śmiałe:
- Biały ma dzisiaj imieniny,
Więc wszystkie zróbmy się białe!
Ubielić się - nic prostszego,
Ucieszymy naszego białego!
Plan kociska przeprowadziły,
W worku z mąką się ubieliły,
Wyszły białemu na spotkanie
I nagle - rozczarowanie.

Biały odzyskał kolor rodzinny,
A jednak znów, jak przedtem, był inny.
Na nic się zdały zamysły śmiałe:
Biały był - czarny,
A czarne - białe.

Z tego wynika zwrotka ostatnia,
Której nie znało kociaków plemię,
Że pewne rzeczy jednak uzgadniać
Trzeba ze sobą wzajemnie."
-> "Niespodzianka".

"Spaceruje sobie marcowym dachem
Kot z kotką pod de pache,
A księżyc nad nimi wisi jak wielki srebrny szal.
- Miau, miau, miał być pan wczoraj za kominem?...
- Nie mogłem, miau, miau, miałem anginę.
- O, jakże mi, miau, miau, przykro...
- Ale już przeszło na szczęście, miau, miau...

- Samo przeszło?
- Nie samo. Poradził mi kuzyn Lolo,
Żeby gardło, miau, miau, przepłukać, wie pani, solą.
I nawet własną szklankę w tym właśnie celu mi dał.
- Ja też raz miałam anginę, kiedy mieszkałam pod Wałczem.
Ochrypłam.
Myślałam, że nigdy w życiu już więcej nie zamiauczę,
A jak dotknęłam migdałków, to wyłam po prostu, auuuu!

- Tam dalej niech pani nie chodzi,
Tam jest, miau, miau, rynna...
Wytworna kotka po rynnach szwendać się nie powinna.
Takiego zdania był mój wuj, co kocią orkiestrę miał.
- A więc artystą był wuj?
- Tak, często bywał smutny,
A słuch to miał absolutnie, ale to absolutnie absolutny,
Jak słyszał, że żona nadchodzi, to mówił «miau, miau» i wiał.

Kiedyś w Paryżu mieście
Po wielkim balu w Operze
Samotnie polazł nad ranem na słynną Eiffla wieżę
I szedł coraz wyżej i wyżej, chociaż się, miau, miau, bał.
Na takiej wieży, myślał, dach winien być wspaniały,
A co się okazało?
Tam daszek jest śmiesznie mały,
Więc wuj, jak się już wdrapał, to śmiał się, wie pani, a śmiał!

- Tak, zdarza się czasami to, co się stało z wujem,
Że mianowicie nagle coś nas rozczarowuje,
Że tylko głowę bierz w ręce i nią o ścianę tłucz...
- Och, po co zaraz takie pesymistyczne słowa,
Niech pani tylko spojrzy, noc jest taka wdachowa.
- Wdachowa? Ach, jakie śliczne!
Więc mrucz mi coś, miau, miau, mruuucz..."
-> "Serenada de dach".

"Różne rzeczy się dzieją na rozmaitych szczeblach.

Raz
ogromnie się w koniu zakochała zebra.
Wdzięczyła się,
zerkała na niego nieśmiało,
tak że wszyscy widzieli,
że zebrę zebrało.
Nawet wróble ćwierkały o tym w każdy ranek.
Tylko koń nie dostrzegał owych zalecanek.

Trwało to tak mniej więcej około pół roku.
Koń,
gdy wolną miał chwilę,
pysk trzymał w obroku
i czasem tylko
z dala zerkając na damę,
myślał sobie:
«Po diabła ma toto piżamę?
Nawet jeśli to chroni - na przykład - od much,
nie lubię, gdy kobieta ubiera się w ciuch...».

Tymczasem zebra, żeby
wkraść się w konia łaski,
z ciała postanowiła zlikwidować paski
i być w jednym kolorze.

Wszystko to dlatego,
by bardziej być podobną do ukochanego.

Poszła więc do malarza z tym pasiastym ciałem.
- Zlikwidować? W porządku! Te czarne czy białe?
- Raczej czarne - odrzekła -
mniej ich mam na ciele.
Niech będę cała biała na z koniem wesele.

Zapłaciła sto złotych, wyszła jak ten anioł.
I rozpacz.
Koń uwagi znów nie zwrócił na nią.
Przeklęła w głębi duszy swoją dolę marną
i pobiegła, by malarz zrobił ją na czarno.

Tym razem
sto pięćdziesiąt złotych kosztowało,
bo trzeba było skrobać.
W dodatku bolało.
Lecz czegóż się nie robi dla wielkiej miłości...?
Była czarna jak heban,
jak suma czarności,
a jednak, gdy do konia znów podeszła blisko,
nie spostrzegło jej nawet ohydne konisko...

MORAŁ

Szkoda zwykle zachodu i tych złotych paru,
gdy koń - powiedzmy - kochać nie ma nas zamiaru."
-> "Zebra".

"Był sobie niedźwiedź daleko hen,
Co nie mógł zapaść w zimowy sen.

Inne niedźwiedzie dawno już spały,
Niektóre nawet głośno chrapały.

Chrapały chyba od miesiąca,
A on się w łóżku wiercił bez końca.

Ponieważ nie miał przy sobie niańki,
Sam sobie nucił kołysanki.

«Luli, luli, luli, luj,
Śpij już, śpij, niedźwiadku mój...

Luli, luli, oczka zmruż,
Trzeba spać, bo zima już...

Luli, luli, luli, li,
Wszystko wkoło dawno śpi...»

Ale choć śpiewał w sposób przemiły,
Nic mu się oczka nie kleiły.

Nawet nie ziewnął. Co za gehenna!
«Czeka mnie - szepnął - zima bezsenna.

Sen się nie zjawia - szeptał - więc jasne,
Że minie zima, a ja nie zasnę...

A może nawet przez cały rok
Będę się wiercił z boku na bok?

Nie, to okropne! To mnie przeraża!
Trzeba iść zaraz do lekarza»

I opuściwszy ciepłe łóżko,
Poszedł do miasta leśną dróżką.

«Panie doktorze, moje kochanie,
Niech pan przepisze mi coś na spanie».

Doktor porządnie zbadał niedźwiedzia,
Pomyślał trochę i tak powiedział:

«Do sanatorium niech pan pojedzie,
Tam zastrzykami leczą niedźwiedzie.

Tam udzielą panu pomocy.
Życzę zaśnięcia. Dobrej nocy!»

I dał mu z miejsca skierowanie
Do sanatorium na długie spanie.

Niedźwiedź pojechał. Na wielkiej sali
Zaraz go do snu ululali.
Pod skórę szybko raz, dwa, trzy,
Wstrzyknięto mu przepiękne sny.

Sny takie piękne i radosne,
Że można spać
I spać,
I spać,
I spać,
I spać,
I spać,
I spać,
I spać
Nawet przez całą wiosnę."
-> "Był sobie niedźwiedź".

"Kruk na drzewie siedział sobie,
dzierżąc kawał sera w dziobie.
Myślał, jakby zjeść go, gdy z
głębi lasu nadszedł lis.

- Witam pana! - rzekł wytwornie
(dygnął przy tym itd.)
- Jesteś, widzę, w świetnej formie,
co ogromnie cieszy mnie.
Zawsze piękny, zawsze młody,
pełen gracji i urody,
tak, że nawet król wasz orzeł
równać z tobą się nie może...

Kruk czuł w sercu z każdym zdaniem
coraz milsze łaskotanie
i przez całą tę orację
myślał sobie: - Lis ma rację...

A lis chytrze, ze spokojem,
coraz śmielej ciągnął swoje:

- Dziwnym jakimś zbiegiem losu,
co mnie strasznie martwi wprost,
nie słyszałem twego głosu,
a musisz mieć piękny głos!
Ach, gdybyś ze szczytu drzewa
coś ładnego mi zaśpiewał...

Kawał udał się, to znaczy,
kruk, jak ryba, połknął haczyk.
By pochlebcy się spodobać,
jak najszerzej rozwarł dziób...
Wtedy ser z kruczego dzioba
tuż u lisich upadł stóp.

Lis jedynie tego chciał,
chwycił ser
i zwiał.

Morał z tego, proszę braci,
że kto pochlebstw słucha - traci."
-> "Kruk i lis".

"Żółw, spotkawszy zająca z rana,
zaczepił go:
- Proszę pana,
czy nie zechciałby pan czasem
pobiegać ze mną pod lasem?

- Ja z panem biegać mam?
Pan dla mnie jest, wie pan co?
Mniej, niż powolny tram-
waj. O!!!

- Istotnie, nie jestem orzeł
i struś nie jestem, niestety...
Lecz chętnie się założę,
że pierwszy przybiegnę do mety.
- Panie, czyś się pan wściekł??!!
Choćbym chciał, przegrać nie mogę!
- Więc robimy zakład o bieg?
- Robimy! Daj pan nogę!

Nogi sobie podali,
przecięli i tak dalej.

Żółw ruszył zaraz na trasę,
a zając hopsa! w paszę.

- Mam kupę czasu - myśli. -
Kicham na taki wyścig.

Tu koniczynka mi pachnie,
nie wygra ze mną żółw, ach nie!

Startować? Jeszcze za wcześnie.
Po koniczynce się prześpię...

Żółw krok za krokiem drogą,
a zając chrapie błogo.

I śni mu się jeszcze, wiecie,
że jest najszybszy na świecie.

Żółw jest o krok od mety,
zając się budzi:
- O, rety!
Jak strzała do celu fryga...
Za późno! Żółw już wygrał!

MORAŁ:
Różne działania są style
od najdawniejszych czasów,
lecz zawsze zostaje w tyle
ten, kto nie rusza od razu."
-> "Zając i żółw".

"Mam coś napisać o mnie,
A ja tego nie lubię ogromnie.
Ja lubię pisać o zwierzętach, mówiąc szczerze,
Więc może szkoda, że nie jestem zwierzę?
Bo wtedy bym napisał o sobie o wiele ładniej,
A tak, to nie wiem, jak wypadnie.

Na oko biorąc, jestem w sam raz,
Ani za duży,
Ani za mały.
Mam wyciętą ślepą kiszkę, proszę Was,
I niewycięte migdały.
Czasem chodzę piechotą,
A czasem jeżdżę samochodem,
Czuję się dosyć młodo,
Ale nie na tyle młodo, żeby zapuszczać brodę.

Pod względem urody z pewnością
Nie jestem szczytem szczytów,
Chociaż mój pies patrzy bez przerwy na mnie
Oczami pełnymi zachwytu.
I poszczekuje z radości,
I ogon mało mu nie odpadnie.
A co się w psim sercu dzieje na dnie -
Psi ogon wie dokładnie!

Nie jestem za bardzo nieśmiały
Ani za bardzo wyniosły.
Gdy piszę dla dzieci, to piszę w ten sposób,
Żeby mógł to zrozumieć nawet dorosły.

Do kina chodzę rzadko,
Bo nie mam na kino czasu.
A jak już mam czas na kino,
To zamiast iść do kina
Wolę pojechać do lasu.
W lesie czuję się tak jak w domu,
Co wcale nie znaczy, kolesie,
Żebym tym samym doradzał komu,
By w domu czuł się jak w lesie.

Czasem mam mały urlop jak gdyby
I wtedy uwielbiam łowić ryby.
Przeciętnie mój połów miesięczny osiąga
Cyfrę około 1 pstrąga!
Dla mnie wystarcza,
Zwłaszcza żem typ
Z tych typów, co nie jedzą ryb.

Czy widzę błędy w swojej osobie?
A owszem, widzę wyraźnie.
Na przykład nie podobam się sobie
Wtedy, gdy głupstwa jakieś skrobię,
Tak jak w tej chwili właśnie.
W gardle ze wstydu coś mnie aż dławi -
Panie Kern, czy pan się poprawi?"
-> "Ja o mnie".

"Codziennie przed piątą to się zaczyna,
Tramwaje w gonitwę się bawią po szynach.
- Dzyń, dzyń! - na siebie dzwonią nawzajem,
Ucieka tramwaj przed tramwajem.

Przez ciche miasto,
Przez ulic pustkę,
Siódemka goni dwudziestkę szóstkę.
Dziewiątka pędem za trójką gna,
A trójka goni dwadzieścia dwa.

Ledwo zniknęły koło Opery
Zjawia się zaraz dwadzieścia cztery
I za tamtymi w pogoni rusza,
Aż je dogania
Obok Ratusza.

Już chce wyprzedzać,
Lecz w tym momencie
Jest właśnie zakręt.
Na tym zakręcie
(Gdzie rośnie takie wielkie drzewo)
Musi, niestety, skręcić w lewo.

Tamte zaś,
Z tramwajową paradą,
Całym rozpędem prosto jadą.
Dzwonki wciąż dźwięczą,
Brzęczą szyby,
Ale ten wyścig, to jest na niby.
Jeden drugiego minąć nie może,
Ponieważ jadą
Po jednym torze.

I całe szczęście
(Jak mi się zdaje),
Bo dzięki temu mogę tramwajem
Jeździć bezpiecznie sobie dzień w dzień.

- Dzyń, dzyń, dzyń, dzyń, dzyń!
Dzeń, dzeń, dzeń, dzeń!"
-> "Tramwajowe wyścigi".

"«Nam strzelać nie kazano...»
Co niedzielę prawie
przychodzi mi to na myśl, widząc, jak na trawie
boisk naszych zielonych rozsianych po kraju
napastnicy ligowi niechętnie strzelają.

Dostanie taki piłkę - kręci się i wierci...
Podciąga... Innych kiwa... Kiwałby do śmierci...
Cóż z tego, gdy przeważnie kończy tak to się, że
piąty kiwnąć się nie da i piłkę odbierze.

Zabawa się więc cała zaczyna od nowa:
ktoś się z piłką rozminął, ktoś źle przystopował,
ktoś podał gdzie nie trzeba, gdzie trzeba nie podał,
Ptyś ma piłkę nareszcie!... Znów się kiwa... Szkoda.

Za chwilę atakuje drużyna przeciwna
i znowu się powtarza historia ta dziwna:
na polu podbramkowym, tam, gdzie strzelać trzeba,
nie ma gościa, co celnie strzelić by się nie bał,
i dziać się zaczynają wprost kelnerskie hece:
kolega do kolegi, kolega - koledze...

Egoizmu nie znajdziesz w żadnym z owych chłopców.
Sam nie strzela, bo woli, by kolega... popsuł.
Czemu potem pretensje mają mieć do niego?
On nie frajer. On woli piłkę dać kolegom.

Że koledzy przeważnie są tych samych zasad,
przeto każdy jak może koło piłki hasa,
uwija się, drybluje, lecz strzelać - nie strzela!
I jakoś w końcu mija piłkarska niedziela...

- A skąd bramki się biorą? - zapytacie mili.
Bramki, mili, są dziełem jednej krótkiej chwili.
Komuś piłka się z buta ześliźnie niechcący...
Jeden - zero!
I na tym przeważnie się kończy."
-> "Koleżeńska zabawa".

"W a k a c j e!
Siedem liter.
O siódemko boska,
Jak piękna,
Jak rozkoszna
Każda twoja zgłoska.

Jak ze złota szczerego
Każda twa litera,
Tyle w tobie radości,
Że aż dech zapiera.

I sądzę,
Że zbyteczne
Są wszelkie oracje.
Ladies and Gentlemen,
Niech żyją Wakacje!"
-> "Siedem liter".

"Chwaliła się raz tęcza,
Że nikomu nic nie zawdzięcza.
Że ta kolorowa wstęga,
Co łukiem przez niebo sięga,
By ziemię objąć w ramiona,
Jest przez nią wyłącznie zrobiona.

Gdy słońce to usłyszało,
Zaraz za chmury się schowało,
A krople w tęczy diademie
Szybko opadły na ziemię.

I z tęczy
Nic nie zostało."
-> "Głupia tęcza".

"Deszczu, deszczu, pa, pa, pa,
Możesz przyjść innego dnia."
-> "Propozycja".

"Zimowe słońce
Jest mniej gorące,
A jakie są tego powody?
Wystarczy podrapać się w głowę
I wiesz już, że słońce zimowe
Stygnie,
Bo liże lody."
-> "Zimowe słońce".

"Na zawieje
I na chłody
Najlepsze są
Grzane lody."
-> "Zimowy przepis".

"Kiedy choinka, leśna dama,
Włoży już swoje stroje,
A w kuchni ciasto piecze mama,
Aż pachnie na pokoje,
Wszystkich ogarnia podniecenie,
Nas i sąsiadów z bloku...
Szkoda, że Boże Narodzenie
Jest tylko raz do roku.

Śnieg za oknami leży wszędzie,
Wielki, puszysty orzeł,
W domu się robi jak w kolędzie,
Że lepiej być nie może.
Z daleka słychać dzwonów brzmienie
Płynące z głębi mroku...
Szkoda, że Boże Narodzenie
Jest tylko raz do roku.

A pod choinką dobry święty,
Co ma brodzisko mleczne,
Podarki składa i prezenty
Dla dzieci, tych co grzeczne.
Dzieci radują się szalenie
Wśród pisków i podskoków...
Szkoda, że Boże Narodzenie
Jest tylko raz do roku.

I kiedy w końcu mama prosi
Do stołu, bo nakryte,
To jakby anioł się unosił
Nad nami pod sufitem.
Za gardło chwyta nas wzruszenie
I łezkę mamy w oku...
Szkoda, że Boże Narodzenie
Jest tylko raz do roku."
-> "Szkoda...".

"Kiedy świerk albo jodła w kącie pokoju staną na warcie,
Wtedy najlepiej jest tym,
Co chodzą w krótkich majtkach
Albo w kokardzie.

Wszystkim się cieszą.
Bawi ich każdy drobiazg, żeby nie wiem jak mały.
Już nigdy potem w życiu
Oczy im się nie będą tak śmiały.

Tyle srebra i złota!
Aż z wrażenia w serduszkach pika.
A w nosach wierci zapach choinki
Spleciony z zapachem piernika.

Oni jeszcze nie wiedzą o tym, że jest im najlepiej, jak być może,
Jeszcze otacza ich połyskliwe
Beztroskiej nieświadomości morze.
A dowiedzą się dopiero, że byli wtedy tacy szczęśliwi
I weseli,
Kiedy czterdziecha im strzeli."
-> "Kiedy świerk albo jodła...".

"21. III. z rana
ktoś zadzwonił do drzwi delikatnie.
- Kto tam?
- Ja.
- Do kogo?
- Do pana.
- W jakiej sprawie?
- W żadnej. Prywatnie.

Otworzyłem więc drzwi do sieni,
weszła młoda dziewczyna w zieleni.

Weszła, siadła nie zdjąwszy okrycia
i oświadcza, jakby nigdy nic:
- Trzy miesiące przed sobą mam życia...

Myślę sobie: wpadłem! Ładny gips!
Mam robotę, umowy, terminy,
a tu, psiakrew, takie odwiedziny.
Ale trudno, brnę dalej z rozpaczy
i powiadam:
- Nadobna ma różo,
trzy miesiące to zawsze coś znaczy,
choć przyznaję, że nie jest to dużo.

- To niedużo? - powiada mi na to
i spogląda niby na wariata. -
Przecież potem to będzie już lato,
a ja tylko żyć mogę do lata...

Znów spojrzałem na pannę nieśmiało,
na ten zewłok wesoły i hoży,
na to ciało, co nic nie zaznało,
i szepnąłem:
- Co na to doktorzy?
Panna na mnie spojrzała z kolei
i powiada:
- Coś tu się nie klei...
Ja chcę z panem być przez te miesiące,
dzień po dniu
i doba po dobie,
w domu, w drodze, w redakcji, na łące...

(Co to dziać się będzie - myślę sobie -
bo prócz mnie przecież w domu jest żona,
na te sprawy z lekka uczulona...)

- Tak... - powiadam. - Czy to już jest wszystko,
czego pani spodziewa się po mnie?
- O nie! - gromko krzyknęło pannisko. -
Jeszcze wiersze ma pisać pan o mnie!
- Pisać wiersze to praca radosna!
A jak pani na imię ma?
- Wiosna."
-> "Odwiedziny".

"Pada deszcz,
(w ilu wierszach już padał podobnie?)
pada deszcz,
(tak mi smutno, tak smutno okropnie)
pada deszcz,
(na jezioro, na drzewa, na drogę)
pada deszcz,
(nie wytrzymam, nie zdzierżę, nie mogę)
pada deszcz,
(dom się nagle zamienił w futerał)
pada deszcz,
(musi padać, inaczej umiera)
pada deszcz,
(na miasteczko, na pięć jego wież)
pada deszcz,
pada deszcz,
pada deszcz..."
-> "Pada deszcz...".

"Są takie dni,
normalne dni,
zwyczajne dni,
codzienne dni,
dni wlokące się jak pociąg dalekobieżny,
kiedy wszystko z człowieka drwi,
kiedy człowiek czuje się śmieszny.

Możesz być nie wiem kim,
możesz być nie wiem czym,
możesz być niewinny,
bezgrzeszny.
Nagle z nieba,
(no bo skąd?)
spływa niby jakiś swąd
przeświadczenie, że jesteś śmieszny.

Może krawat?
Może but?
Może gdzieś za uchem brud?
Może zerka ze skarpetek pięta naga?
Stajesz sobie przed wystawą,
słusznie,
krawat bardziej w prawo...
No i co?
I guzik!
Nie pomaga.

To nie krawat,
to nie pięta,
to nie, że koszula zmięta,
ani pieprzyk na nosie pocieszny.
To po prostu są takie dni,
normalne dni,
zwyczajne dni,
kiedy człowiek czuje się śmieszny."
-> "Kiedy człowiek czuje się śmieszny...".

"Przeciętnie czterdzieści i osiem zapałek
zawiera przeciętne pudełko zapałek.

Gdy pierwsza nawali, narzeka niejeden,
a przecież w zapasie czterdzieści ma siedem.

Gdy druga nawali, też trzeba to znieść,
bo jeszcze w zapasie czterdzieści jest sześć.

Gdy cztery nawalą (są takie afery!),
to jeszcze w pudełku czterdzieści są cztery.

Po piątej (bez łebka) nie pora na łzy,
bo wewnątrz pudełka czterdzieści są trzy.

Gdy szósta z kolei zapali się źle,
zapalić się mogą czterdzieści i dwie.

Zostaje nam jeszcze trzydzieści i osiem,
gdy dziesięć pod rząd nam zapali kiepsko się.

Możemy zaprzestać, lecz gdy się uprzemy,
bierzemy następne i trzemy, i trzemy.

Albowiem w tym problem zamyka się właśnie,
choć gasną zapałki - nadzieja nie gaśnie..."
-> "Pudełko zapałek".

"Pan Dzień
i Pani Noc
na zmianę rządzą nami.
Pan Dzień pracuje cały dzień co dzień,
a Pani Noc nocami.

Pani Noc o księżyc dba,
Pan Dzień o słońca różę.
W zimie ona więcej nadgodzin ma,
w lecie on siedzi dłużej w biurze.

Bezdzietni są,
o ile wiem,
i nic dziwnego, skoro
Pani Noc stale sypia dniem,
a Pan Dzień nocną porą."
-> "Stare małżeństwo".

"Na zapadłej prowincji,
na Zadupiu dalekim,
pomieszały się z sobą
dwa stulecia, dwa wieki.

Poprzez chwyty-zachwyty,
poprzez słowa i gesty
dziewiętnasty wiek ciągle
toczy walkę z dwudziestym.

Wiek dwudziesty, jak może,
niszczy wiek dziewiętnasty
przy pomocy traktorów,
przy współpracy canasty.

W sercach dziwna sałatka,
chaos w głowach i zamęt,
jedni krzyczą: «Krasiński!»
inni wrzeszczą: «Putrament!»

Jedni wielbią Picassa
oraz jego modelkę,
drudzy idą do sklepu
kupić nafty butelkę.

Jedni radzą się księdza,
inni do władz aż piszą,
czy zdejmować portrety,
czy niech jeszcze powiszą?

Każdy z wieków czym innym
agitować się stara,
przez romantyzm księżyca
lub przez radioaparat.

Dziewiętnasty wiek stawia
na histerie i fochy,
wiek dwudziesty podsuwa
nylonowe pończochy.

Dziewiętnasty wiek z wdziękiem
gra na skrzypcach czardasza,
wiek dwudziesty do kina
raz na miesiąc zaprasza.

I jak warkocz się plotą
dwa stulecia, dwa wieki,
na zapadłej prowincji,
na Zadupiu dalekim."
-> "Dwa wieki".

"Pan Zdzisio zażądał zmian.
Pana Zdzisia poparł pan Jan.
Pana Jana poparł pan Franio.
Pana Frania - Elżbieta z Anią.
Panią Anię poparł pan Stasio.
Pana Stasia - pan Robert z Basią.
Panią Basię poparł pan Jacek.
Pana Jacka poparł pan Wacek.
Pana Wacka poparł pan Henio.
Pana Henia - pan Adam z Gienią.
Panią Gienię poparła Hela.
Panią Helę poparła Fela.
Panią Felę poparł pan Marek.
Pana Marka poparł pan Jarek.
Pana Jarka - pani Emilka
i jeszcze osób kilka.

Jednym słowem, była zgoda jak złoto.
A szło o to, że dyrektor jest idiotą.

Aliści po kilku dniach
na wszystkich padł blady strach.
Stwierdziło osób kilka,
że zmian chciała pani Emilka.
Ta wskazała na pana Jarka.
Pan Jarek wskazał na pana Marka.
Pan Marek - na panią Felę.
Pani Fela - na panią Helę.
Pani Hela - na Adama z Gienią.
Adam z Gienią powiedzieli, że Henio.
Henio powiedział, że Wacek.
Wacek powiedział, że Jacek.
Jacek, że Robert z Basią.
Robert z Basią stwierdzili, że Stasio.
Stasio, że Elżbieta z Anią.
Te z kolei stwierdziły, że Franio.
Franio wskazał na Jana.
Jan wskazał na Zdzisia.
I nastała ta zmiana:
Nie ma Zdzisia od dzisiaj."
-> "Akcja".

"Jak te lata, psiakość, lecą,
odkąd przyszło się na świat.
Dziś podrosło się co nieco,
ma się te szesnaście lat.
Mama martwi się i tato,
jak tu uświadomić mnie.
No bo kiedyś zrobić trza to,
a nie wiedzą przecież, że...

Józek, Józek, Józek, Józek,
Józek, Józek, Józek, Józek,
Józek, Józek, Józek, Józek,
Józek wszystko wie.

Właśnie dni minęło kilka,
kiedy biorąc mnie na bok,
mama coś mi o motylkach,
a ja mamę w rękę - cmok.
Potem mama, moi mili,
w życie wprowadzała mnie
na zasadzie tych motyli -
nie wiedziała bowiem, że...

Józek, Józek, Józek, Józek,
itd.

Co zaś tyczy się bociana,
sprawa bardzo ważna, o -
tatuś rzekł któregoś rana,
żebym nie wierzyła w to.
«Pomyśl trochę, droga Anno,
a domyślisz sama się.
Jesteś już dorosłą panną...»
Cóż, nie wiedział tatuś, że...

Józek, Józek, Józek, Józek,
itd.

Z tych rozmówek z rodzicami,
z tego, jak kierują mną,
widzę, że rodzice sami
źle uświadomieni są.
Takie życie to nie życie,
pomóc swym rodzicom chcę -
Dzisiaj jeszcze do nas przyjdzie
sprawy im wyjaśnić te...

Józek, Józek, Józek, Józek,
Józek, Józek, Józek, Józek,
Józek, Józek, Józek, Józek,
który wszystko wie."
-> "Józek".

"Spotkali się w Krakowie
Pod Kopcem
Chłopcodziewczyna
Z dziewczynochłopcem.

Oboje mieli znudzone miny,
Radość istnienia była im obca.
- Ciał! - dziewczynochłopiec warknął
do chłopcodziewczyny,
- Ciał! - chłopcodziewczyna warknęła
do dziewczynochłopca.

Potem minęła długa godzina,
(Słońce chowało się już za Kopiec),
Milczała wdzięcznie chłopcodziewczyna
I nic nie mówił dziewczynochłopiec.
Głaskali tylko swych loków zwoje,
Każde, rzecz jasna, swoje.

Gdybym nie wiedział, Boże jedyny,
Że to jest para - to byłbym w kropce.
Bo z włosów były to dwie dziewczyny,
A z portek znowu - dwaj chłopce.

Dziewczynochłopiec miał z sobą wino
Zalatujące jabłkami,
Pragnął je wypić z chłopcodziewczyną
Jak z kumplami dziewczynochłopcami.
Więc poczęstował tym pysznym winem
Dziewczynochłopiec chłopcodziewczynę.

Chłopcodziewczyna po owym winie
Miała spojrzenie bardziej łaskawe
I z ust wyrwało się chłopcodziewczynie:
- Ty, ale klawe!
Dziewczynochłopiec zaś uniósł brwi,
I rozmownie powiedział: - Si, si!

Umówili się potem na jutro do kina
(W półmroku znikał już Kopiec).
- Ciał! - zawarczała chłopcodziewczyna,
- Ciał! - odwarknął dziewczynochłopiec."
-> "Trzecia płeć".

"Pewna pani,
pewna pani
miała brud za paznokciami.

Choć wynaleziono system,
by paznokcie były czyste,

pani owa, nie wiem czemu,
nie trzymała się systemu.

Zamiast wymyć szczotką ręce
ciepłą wodą w swej łazience,

zamiast myć i myć, i myć,
brud postanowiła kryć.

Tak, niełatwe mamy życie,
albo mycie, albo krycie.

Albo trzeba wymyć brud,
albo wierzyć w krycia cud.

Pani,
po namyśle długim,
pozostała przy tym drugim.

Rzekła sobie: «Gdy mam lakier,
mogę z mydłem żyć na bakier!

To o wiele wygodniejsze,
praktyczniejsze, prostsze, lżejsze».

I zaczęła pani ować
brud zalakierowywać.

Czasem, lakier gdy odpryśnie,
spod paznokci brudem błyśnie.

Pani, dziwną robiąc minę,
chce zasłonić tę szczelinę.

Lecz nie zawsze to wychodzi.
Lakier pęka...
Lakier schodzi...

Ech, lakiery, daję słowo,
były kiepskie gatunkowo."
-> "Krótka rozmowa o metodzie".

"(UWAGA!!! Ten wiersz wyjątkowo prosimy
zacząć czytać od samego dołu)

Kopnięto w dół pana Felka.
I spod dziesiątego szczebelka.

Odkryto, że nie zna łaciny.
Na szczeblu dziewiątym drabiny.

Ale wepchnięto go siłą.
O ósmym mu się nawet nie śniło.

Lecz wlazł. Podsadzony przez brata.
Na siódmy piął się dwa lata,

Ale załatwił to ktoś ci.
Z szóstym były trudności,

Po jakiejś większej wódce.
Piąty osiągnął wkrótce.

Na czwartym szczebelku się znalazł.
Po czym bez mała zaraz

Stanął pan Felek na trzeci.
Szybciej niż inni faceci

Wnet był na drugim szczebelku.
Poznali się szybko na Felku,

Na pierwszy drabiny szczebelek
Wskoczył przed laty pan Felek."
-> "Drabina".

"Gdy jesteś w Warszawie i zjeść chcesz śniadanie
skromniutkie, bez żadnych bryzolów,
a jesteś w dodatku Polakiem, kochanie,
to nie wchodź za nic do «Bristolu».

Tam polskość przeżywa odwieczny swój dramat,
przedziwna mentalność tam hula,
tam lepiej nie mówić językiem Adama,
Zygmunta, Cypriana i Jula.

Tam służba na ciebie spogląda z pogardą,
jak w szkole profesor na kleks,
gdy powiesz: «Poproszę dwa jajka na twardo...»
miast krzyknąć po ludzku: «Two eggs!»

Tam kelner ma strasznie do kuchni daleko
i błyski w oczętach ma złe
i długo go nie ma, gdy przynieść ma «mleko»,
szybciutko przynosi zaś «lait».

Tam nieraz spojrzenia strzelają do nieba,
a każde z nich ostre jak grot,
gdy człowiek nieświadom zażądać śmie «chleba»,
bo nie wie, że «chleb» to jest «Brot».

Dlatego, gdy wdepniesz przypadkiem w te sale,
w te gipsy, złocenia i stiuki,
pamiętaj, że możesz rozdrażnić się, ale
nie żałuj tych chwil dla nauki.

Cholera cię weźmie na pewno, aliści
wyciągniesz korzyści z niej wtedy,
bo pojmiesz w try miga, jak kolonialiści
traktują tubylców niekiedy."
-> "W «Bristolu»".

"Z nauk,
Które najlepiej do głowy
Idą naszym rodakom,
Zajmiemy się dziś
Spychologią.
Spychologią jako taką.

Spychologiem może być każdy,
Zarówno szarak, jak szycha,
Jak sama już nazwa wskazuje,
Spycholog
To taki, co spycha.

Kto opanuje ten przedmiot,
Ten życie sobie uprości.
Studia spychologiczne
Zaczynać należy we wczesnej młodości.

Najlepiej jeszcze w dzieciństwie,
U taty
Albo mamy,
A oto krótki spis tych rzeczy,
Które na innych spychamy.

Przede wszystkim - robotę.
Robotę w każdej postaci.
Na kogo spychamy?
Na frajerów,
Czyli na naszych naiwnych współbraci.
Zwłaszcza na tych, co są jak nogi
I ani drygu nie mają,
Ani głowy nie mają do spychologii.
Następną rzeczą wymarzoną wprost do spychania
Jest sprawa decyzji,
A konkretnie mówiąc: sprawa ich podejmowania.
Lepiej się nie wypinać,
Lepiej nie budzić licha.
Dobry spycholog nie szarpie się,
Nie męczy się wewnętrznie.
Spycha.

Jeszcze o d p o w i e d z i a l n o ś ć została...
Cóż, sprawa jest zrozumiała.
Pojmie to nawet umysł dziecinny.
Że odpowiedzialność zawsze,
W każdej sytuacji,
Spycholog spycha na innych.

Na zakończenie
Pragnę jeszcze wyrazić moje osobiste przeświadczenie,
Że kadra polskich spychologów liczna
Uczyni wszystko,
By rozwijała się nasza słynna w świecie
Szkoła spychologiczna."
-> "Wykład inauguracyjny".

"Może - to żywioł nasz codzienny.
Żywioł, co nas otacza,
Bezkresny
I bezdenny.

Straszne bywa
I groźne
O każdej roku porze,
Niczym nie ujarzmione,
Ogromne polskie - może...

Płynne
I nieuchwytne,
Mniej albo bardziej chłodne,
Może, nasze może,
Ach, jakieś ty wygodne.

Jedno słówko,
Słóweczko
I łeb się gnie w pokorze,
- Czy da się coś załatwić?
- Może...

O, gdybym miał władzę taką,
Jak dawniej wenecki doża,
Na twoją cześć, polskie może,
Zarządziłbym Święto Moża."
-> "Święto Moża".

"W pewne rano
Nakazano,
By mówić krem na guano.

Natychmiast też porozsyłano
Rozporządzenie dyrektywne,
Że kto na guano powie guano,
Ten płaci grzywnę.

Bo co tu gadać, proszę pana,
Za dużo wkoło tego guana.

A tak się problem rozwiąże piknie,
Bo jak nie będzie słowa guano,
To i guano zniknie.

Proste to wszystko,
Tanie,
Praktyczne,
Filologiczno-ekonomiczne.

Dzięki sprytnemu chwytowi temu
Nastała błoga epoka kremu.

Spadło ze wszystkich ohydne brzemię,
Choć dalej grzęźli,
To grzęźli w kremie.

Z pełnym zachwytem każdy mógł wołać:
«Ach, ile kremu dookoła!»
W czasie pogwarek jeden drugiego
Karcił wytwornie:
«Krem ci do tego!»

Albo od żon wysłuchiwali:
«Znów zamiast premii krem ci dali!»

Mógłbym ja dalej snuć ten temat,
Zakończę go jednak w udręce:
Znikło guano, guana nie ma,
Lecz krem jest coraz więcej."
-> "Opowiem ci bajeczkę".

"Kiedyś dzieciom w prezencie kupowało się klocki.
Dziś dzieci klocków nie chcą.
Dziś chcą książkę Wisłockiej.

Gdy zapytasz w tej sprawie małą Hanię czy Frania,
Mrukną: - Klocki? To śmieszne!
Nam czytuje już niania
Książkę «Sztuka kochania»!

To jest prawda.
Form nowych ciągle w świecie się szuka.
Dziś t y c h r z e c z y się dziadek może uczyć od wnuka.
Wnuk o wiele wie lepiej niż lowelas dziadek,
Gdzie całować korzystniej.
Czy w policzek?
Czy w zadek?

Wnuczka, owszem, tak samo,
(Choć przy rachunkach senna)
Wie, która strefa ciała jest bardziej erogenna.

Oboje ze swej babci podśmiewają się zdrowo,
Że taka staroświecka.
Ma poduszkę pod głową.

A w ogóle to starzy nie są w sumie na fali,
Jakby nigdy Wisłockiej w dzieciństwie nie czytali.

Rzeczywiście.
Bez ciebie było smutno, Wisłocko.
Człek nie wiedział, co robić wieczorami i nocką.

Romantycznie próbował w księżycowym sztafażu
Po omacku coś zdziałać.
Solo.
Bez instruktażu.
Jeśli chodzi o różne erotyczne delicje,
To skazany był tylko na własną intuicję.

Tak nam było. Rzecz można s t o s u n k o w o niełatwo,
Co staraj się zrozumieć światła współczesna dziatwo.

A klocki?
Co z klockami, którymi zacząłem tak cudnie?
Klocki zostaną dzieciom na starość,
Jak im już całkiem wychłódnie."
-> "Klocki".

"Kiedy słyszę tę młodą ferajnę,
To wszystko u nich jest - fajne.

Fajny jest Proust,
Beethoven
i Bach,
Wakacje też są fajne,
Plaża
I piach.

Fajna jest Tośka
i Tośki kuzynka,
Fajny jest wierszyk bez kropki
I przecinka,
Fajna jest guma miętowa do żucia,
Fajne są lody.
I wielkie uczucia.

Fajne są sztuczki grane przez Szajnę,
A «Trędowata»
I «Hamlet»?
Też fajne.
Fajny jest Dali
I «Doktor Mabuse»,
Fajne landrynki na wagę luzem,
Fajne są loty do Księżyca
I fajna jest «nasza geografica».

Wszystko dosłownie może być fajne.
To jest to słówko nadzwyczajne
Do wyrażania myśli chytrych...
Więc słowo klucz?
Nie, raczej wytrych!

Gorzej, że różne stare pryki
Też w młodzieżowe brną nawyki
I sądząc, że się odmładzają,
Co tylko da się, zafajniają.

Nie ominęło to także mnie.
Fajny ten wierszyk jest, no nie?"
-> "Właściwe słowo na każdą okazję."

"Gdyby nie fakt, że mam już maturę w zapasie,
Chętnie bym dzisiaj chodził do szkoły,
Zwłaszcza, że nie można zostać na drugi rok
W tej samej klasie.

Przed uczniem się dziś otwiera
Uczniowskie słodkie życie.
Jedyny, który może zostać na drugi rok w tej samej klasie,
To nauczyciel.

Dwóje też tracą swoje znaczenie,
Precz negatywne emocje!
Z dwoma dwójami,
A nawet i trzema dostaje się dziś promocję.

Wszystko to razem ma być wyrazem
Współczesnych poglądów
I dążeń.
I gdyby skasować tornistry i teczki,
To by nie było już żadnych obciążeń.

Wspominać taką szkołę po latach będzie się z przyjemnością,
A nam, niestety, w szkole dawano szkołę,
Mnie
I podobnym mnie gościom.

Ot, choćby taka dwója na przykład, to była po prostu zmora.
W dodatku mnie obciążała ta dwója,
Nie mego profesora.

To było brzydkie, muszę powiedzieć, ohydne i zdradzieckie,
Bo w ten się sposób postępowało
Jak by nie było - z dzieckiem.

Dlatego w tych warunkach
Do szkoły poszedłbym chętnie raz jeszcze.
Jeśli nie idę,
To tylko dlatego,
Że się w ławce nie mieszczę."
-> "Chętnie bym doskoczył".

"Już od Piasta mniej więcej tak jest
(Jeśli bujam, niech zamkną mnie w pace),
Że kto Polak, ten lubi mieć gest,
Panie starszy! Ja stawiam! Niech stracę!

Jest nastroik, muzyczka nam rżnie,
Już niektórym się zbiera na pawia...
Panie starszy! Posłuchaj pan mnie,
Te ich pawie to także ja stawiam!

Taki jakiś dziś czort we mnie wlazł,
Takie ze mnie honorne chłopisko,
Że za cały ten chłam, pic i gaz,
Panie starszy! Ja płacę za wszystko!

Za tych wodzów, co dali nam w kość,
Co nam zdjęli ostatnie koszule,
Bo ja jestem, pan wie, taki gość,
Że jak trzeba, to bulę i bulę.

Zresztą, panie, dziś taki jest czas,
Że żyjemy w nieszczęściu i drace
I ma prawo się drzeć każdy z nas,
Jak papuga: Ja płacę! Ja płacę!

Gdzie jest tylko bufetto lub kiosk,
Tam się tłoczą kowboje opoje,
Wesolutcy, bez zmartwień i trosk,
No bo chleją za twoje i moje.

I od wielu już lat tak to trwa,
Oni mają i zgagi, i kace,
A to wszystko funduję im ja!
Panie Belka, kochany,
Ja płacę!"
-> "Ja płacę!".

"Dawniej radia człowiek słuchał sobie w ciszy
I nikt przy tym w studio mu nie towarzyszył.
Co to będzie spiker tylko mruknął mu do ucha
I bez nerwów,
Bez pomocy żadnej
Człowiek sobie słuchał.

Ale czasy te minęły w sinej dali.
Dziś już prawie nie ma fali
Bez mądrali.
Dziś mądrala w studio to jest fakt.
On zrozumieć nam pomaga każde słowo,
Każdy takt.
On przybliży,
On ułatwi,
On wyjaśni,
Wiersz zarecytuje ulubiony,
Albo fragment «Starej baśni».
Kiedy zmierzcha wie dokładnie,
Kiedy dnieje,
Powie dowcip
I sam z niego się uśmieje.

Dobrą radą co piętnaście minut służy
I tych rad ma rzeczywiście zapas duży.

Wie jak przetkać w kuchni zlew kiedy się zatka,
Wie, jak brzmi nazwisko bohatera epopei, pana Tadka,
Wie, jak w uproszczony sposób kreślić krzywe
I jak zrobić koleżance,
Gdy ją na wycieczce brzuch rozboli,
Lewatywę...

Trudne sprawy rozwiązuje w jednej chwili,
Zażartuje z siebie nawet, jeśli przypadkowo się pomyli,
Ale mimo wszystkich zalet
I talentów tęczy,
Nie wiem czemu, mnie mądrala męczy."
-> "Radio z mądralą".

"Ktoś mnie co chwila w radio,
W telewizji
Lub w druku,
Wzywa do wielkiej akcji,
Do zaciskania kciuków.

Bo jak się kciuki ściśnie,
To to pomaga naszym,
Przeciwnik mięknie zaraz
I strasznie się przestraszy.

Lojalni więc Polacy,
Ich żony,
Dzieci,
Wnuki,
Jak tylko słyszą apel,
To zaciskają kciuki.

Gdy na coś są widoki,
Gdy szansa na coś błyska,
To na tę okoliczność
Te kciuki się zaciska.

By bramkarzowi piłka
Wpadła do bramki łukiem,
Nie nóżką się załatwia,
Ale ogólnym kciukiem.

Panienka,
Co swój głosik mało, niestety, ćwiczy,
Ruszając na festiwal
Na nasze kciuki liczy.

Nie jestem ja wyrodkiem,
Też kocham swą ojczyznę,
I jeśli ktoś mnie wzywa,
To zawsze kciuki ścisnę.

Ściskam je tak i ściskam,
Aż mi sinieją ręce,
Bo wezwań do ściskania
Coraz to słyszę więcej.

Trudno robić cokolwiek,
Jak się tak kciuki ściśnie,
Już nie tylko pracować,
Trudno nawet jeść wiśnie.

No, a puścić nie można,
Ja bym zrobić to mógł,
Wiedząc ile potrafi
Mój kciuk?"
-> "Ściskanie kciuków".

Polecam również najserdeczniej "Portrety kwiatów" (5+) - książeczka mądra i ładna.

A opowiadania? "Proszę słonia" i "Karampuk" na 3 - wolę poezję od prozy!

(Chociaż z "Karampuka" wypisałam sobie:

"Osoby szczęśliwe, osoby, który się coś udało, albo które są z czegoś wyjątkowo zadowolone, bardzo często chodzą po mieście, podrygując z radości (...)?"
-> Tak! :)

"Prezentologia, czyli nauka o dawaniu i przyjmowaniu prezentów, nie jest co prawda nauką najważniejszą, ale o wiele lepiej byłoby się na niej znać."
-> No a jak! ;>)

No, z moim "wolę poezję od prozy" to chyba jednak nie całkiem - stwierdzam, edytując czytatkę latem'2020. Bo przecież zestaw "Ferdynand Wspaniały" (6) i "Zbudź się, Ferdynandzie" (5+) to arcydzieło! Czytałam po raz pierwszy, tak mi się wydaje.

(Z pierwszej części:

"(...) Ferdynand czuł, że jest już na koty uodporniony. (...)
«Jak tak dalej pójdzie - pomyślał sobie - to dojdzie do tego, że najpierw zacznę koty lubić, potem nie będę mógł bez nich żyć, a w końcu zacznę je sam hodować. Kto wie, może to jest i przyjemne mieć w mieszkaniu własnego kota? - rozmyślał, idąc któryś tam raz wzdłuż najpiękniejszej ulicy. - W każdej chwili można go pogłaskać. A jak się kota głaszcze, to kot mruczy. To musi być bardzo miłe takie: Mrrrrrrrrrrrrrrrrr - na każde zawołanie. W ogóle, co tu dużo gadać, kot to bardzo porządne zwierzę. Siedzi w domu, nie włóczy się po próżnicy, a co do czystości, może być wzorem dla wielu innych stworzeń».
- Wydaje mi się, że koniecznie powinienem mieć własnego kota - powiedział półgłosem."
-> Moja psia przemiana? :-)))

"(...) - Proszę zajrzeć do notesu.
Ferdynand zaczął grzebać w lewej kieszeni marynarki, wiedząc z góry, że to grzebanie nie może przynieść żadnego rezultatu. Istotnie, kieszeń była idealnie pusta. Potem pogrzebał w prawej kieszeni marynarki. Potem w lewej kieszeni spodni. Potem w prawej kieszeni spodni. Potem w tej kieszeni, co jest na spodniach z tyłu. Potem w tej kieszeni, co jest w marynarce od strony podszewki. I wreszcie w tej małej kieszonce, po lewej stronie u góry, w której nosi się ołówki, wieczne pióra albo chusteczkę dla elegancji. Wszystkie kieszenie były jednakowo puste.
- Widzę, że nie może pan znaleźć swego notesu - powiedział pan Radio.
- Nie mam pojęcia, co się z nim stało - skłamał Ferdynand i od razu zrobiło mu się głupio przed samym sobą, że kłamie. - Widocznie musiałem go gdzieś zapodziać.
- Może zostawił go pan na biurku, wychodząc z domu...
- Możliwe - odpowiedział Ferdynand, chociaż był święcie przekonany, że od urodzenia nie posiadał w swoim majątku biurka.
- Albo został w innym ubraniu...
- To też nie jest wykluczone - przytaknął Ferdynand, mimo iż wiedział, że ubranie, które ma na sobie, jest jedynym jego ubraniem.
- Boję się tylko, czy pan go nie zgubił - ze szczerą troską w głosie powiedział pan Radio.
- O zgubieniu nie ma mowy - odparł Ferdynand - jeszcze nigdy nic nie zgubiłem - dodał z radością. Była to pierwsza prawda, którą powiedział od dłuższego czasu. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości: mówienie prawdy sprawiało Ferdynandowi zdecydowaną przyjemność."
-> Odczuwalna różnica!

"- Nazwisko? - zapytał Ferdynanda komisarz.
- Wspaniały - odparł Ferdynand.
- Imię?
- Ferdynand.
- Wiek?
Ferdynand nie wiedział, co powiedzieć. (...)
- Wiek? - powtórzył komisarz.
Komisarz miał niesłychanie surowy głos i groźne wąsy. Jeszcze ani razu nie popatrzył na Ferdynanda. Zadawał pytania i notował coś na karteczce, nie odrywając oczu od biurka (...).
- Brnpldpięć! - powiedział Ferdynand, bo doszedł do wniosku, że coś musi powiedzieć.
- Doskonale - odparł na to komisarz i zupełnie nie zwrócił uwagi na dziwną bądź co bądź liczbę wymienioną przez Ferdynanda."
-> Biurokratyczny absurdzik.

Z drugiej części:

"On jest w ogóle dziwny pies, ten nasz Ferdynand.")

"Moje abecadłowo" z kolei - na 5.

Fragmenty:

"Mój wieloletni gimnazjalny profesor od polskiego. (...) zwalczał wszelkie, jak je zwał, ojczyźniane tromtadracje i głupawy hurrapatriotyzm, do czego przedwojenne sfery rządzące miały wyraźną inklinację. (...)
Nadszedł rok 1939. (...) Ten przeciwnik hurrapatriotyzmu był jednak patriotą i poszedł walczyć za kraj. Po wojnie słuch o nim kompletnie zaginął. Dlaczego - okazało się dopiero, kiedy odnalazł się na liście ofiar Katynia."
-> O Janie Bolechowskim.

"Słynne powiedzenie Antoniego Słonimskiego, że wymieniając z niektórymi ludźmi myśli, ma nieodparte wrażenie, iż na tej wymianie traci (...)."
-> O właśnie!

"(...) szło o biblioteczki marksistowskie. W owym czasie ukazały się te biblioteczki w masowym nakładzie i przy każdej okazji zmuszano ludzi do ich nabywania. Taka biblioteczka to był rodzaj dość pokaźnej skrzyneczki z bardzo grubej tektury, skrzyneczka zmyślnie otwierała się na boki, a wewnątrz stały poukładane równiutko dzieła klasyków: Marks, Engels, Lenin, Stalin. Każdy z nich miał po kilka pozycji. Oczywiście był tam także czerwony katechizm, czyli Krótki kurs WKP(b). Szczególnie zasłużeni otrzymywali te biblioteczki za darmo, jako szczególne wyróżnienie. Mniej zasłużeni musieli bulić.
Za zdobycie mistrzostwa Polski dostawało się przy dźwięku fanfar taką właśnie biblioteczkę. Za drugie miejsce można było dostać najwyżej neseser, a za trzecie teczkę ze świńskiej skóry. Jeśli ktoś pływa dobrze na sto metrów, to zazwyczaj pływa też dobrze na dwieście. Byli już więc tacy, co mieli po dwie albo nawet trzy biblioteczki marksistowskie i ani jednej teczki. I to oni właśnie zaczynali przed metą hamować."
-> :P

"(...) musiał (...) jakoś odreagować. (...) No więc odreagowywał (...). Q... to był rodzaj przecinka. (...) często qrwował. (...) «Od razu poszedłem na ten ich cały q... Pigal. Pełno q... witryn z gołymi q... dupami. Staję q... i patrzę. Sodoma q... i Gomora. Nagle q... czuję, że ktoś q... koło mnie staje. Odwracam q... głowę i widzę q..., że to kobieta lekkich obyczajów»."
-> ;p

5 także dla pozycji "O Wacusiu czyli Saga rodu Falczaków (The Falczaks)".

Najfajniejsze teksty:

"- Rząd - mówi Falczak - jest nam w stanie dać tylko to, co nam wcześniej zabierze."

"Wyrwało się kiedyś Falczakowi publicznie takie zdanie: «Połowa rady miejskiej to idioci i złodzieje». Musiał to potem publicznie odwoływać. Dał do gazety takie ogłoszenie: «Połowy rady miejskiej nie uważam za idiotów i złodziei. Falczak»."

"- Z finansowego punktu widzenia - mówi Falczak - zawsze lepiej jest mieć pieniądze, niż ich nie mieć."

"- Naprawdę o sukcesie książki można mówić dopiero wtedy - powiada Falczak - kiedy ludzie, którzy jej nie czytali, udają, że ją znają."

"- Przyzwoity budzik - powiada Falczak - dzwoni dopiero wtedy, kiedy człowiek jest gotów wstać."

"- Dźwięk mimo wszystko porusza się bardzo wolno - zauważa Falczak. - Powiedz coś dzieciakowi, kiedy ma 12 lat, a dotrze to dopiero do niego, kiedy będzie już po czterdziestce."

"Falczak bynajmniej się nie martwi tym, że od czasu do czasu mówi sam do siebie. Ma pewność - powiada - że mówi do kogoś, kto w stu procentach podziela jego poglądy."

"- W kantorze wymiany, który się nazywa życie - mówi Falczak - znów wymieniłem cały dzień na byle co."

"Falczak przyznaje się do tego, że woli niegrzeczne dzieci od grzecznych. «Gdy idę z wizytą - mówi - niegrzeczne natychmiast rodzice wyprowadzają z pokoju, a grzeczne zostają i dopiero dają mi w kość»."

"- Przyjaźń i miłość - powiada Falczak - tym się między sobą różnią, że przyjaźń to jest coś na dzień, a miłość to coś na noc."

"- Lepiej trzymać język za zębami - powiada Falczak - i uchodzić trochę za głupola, niż otwierać niepotrzebnie usta i nie pozostawić co do tego żadnych wątpliwości."

"- Jedząc spaghetti - mówi Falczak - można się jednocześnie odżywiać i gimnastykować."

"Falczak uważa, że rano jest porą dnia, która się zjawia stanowczo o wiele za wcześnie."

"- Czasami Falczak - jak zwierza się sąsiadkom Falczakowa - nie jest w stanie absolutnie nic zrobić, ponieważ jest tak śmiertelnie zmęczony całodziennym nicnierobieniem."

"- Nie rozumiem - powiedziała Falczakowa, wychodząc z teatru - co wszyscy widzą w tym «Weselu» Wyspiańskiego. On przecież tylko całą masę popularnych powiedzonek pozbierał i ze sobą połączył."

"Falczakowa dowiedziała się, że syn sąsiadki badany był przez psychiatrę i okazało się, że cierpi na kompleks Edypa. «Edyp, nie Edyp - powiedziała Falczakowa - najważniejsze, że kocha mamusię»."

"Falczakowa nigdy nie wie, ile naprawdę waży. Waży się, co prawda, w swojej łazience nago, ale za to w okularach, bo bez okularów nie widzi, ile waży."

"Podczas miodowego miesiąca Falczakowa gotowała różne pyszności, a Falczak, jedząc, zgadywał, co to za potrawa. Ogromnie się wtedy ubawili."

"Nie macie pojęcia, z jaką wielką przyjemnością Falczak robiłby to wszystko, o co go podejrzewa Falczakowa."

"- Ostatnie słowo po Falczakowej - powiada Falczak - może mieć tylko echo."

"Kiedy Falczakowa spytała Falczaka, co w niej bardziej ceni: urodę czy figurę, Falczak odparł, że najbardziej mu się w niej podoba jej poczucie humoru."

"W zeszłą sobotę Falczakowie mieli pecha. Przyszli do nich goście, a oni akurat byli w domu."

"- Chciałabym - powiedziała melancholijnie Falczakowa - żeby na moim pogrzebie grała orkiestra.
- A co byś chciała usłyszeć? - zapytał Falczak."

"- Są trzy sposoby, żeby coś zostało zrobione - mówi Falczakowa. - Albo trzeba to zrobić samemu, albo wynająć kogoś do zrobienia tego, albo kategorycznie zabronić robienia tego własnym dzieciom."

"- Tato, mogę sobie wziąć pączka? - zapytał Falczaka synek.
- Zapytaj się mamy - powiedział Falczak.
- A co, w odniesieniu do pączków to tato nie ma uprawnień?"

"Falczak opowiadał, jak raz był w takiej zapaści, że już sobie przystawił rewolwer do głowy. «No i co? No i co? - zawołał wnuczek Falczaka. - Zastrzelił się dziadek czy nie?»"

"- Oni jeszcze o tym nie wiedzą - powiedział Falczak, wskazując na dwójkę swoich wnuków. - Na razie są tacy beztroscy i weseli, ale przecież oni rosną i rosną, a jak tylko odpowiednio podrosną, to zaraz zostaną podatnikami."

"- Babciu, kiedy człowiek musi umierać? - zapytała Falczakową wnuczka.
- Kiedy Pan Bóg go do siebie zawoła.
- Babciu, kiedy Pan Bóg do ciebie zawoła, to udaj, że nie słyszysz."

"- Gdybyś ty była mną, a ja tobą - powiedziała wnuczka do Falczakowej - to natychmiast bym ci ukroiła duży kawał tego tortu, co stoi na stole."

"Czy można karać człowieka za to, czego nie zrobił? - zaczęła zastanawiać się Falczakowa, kiedy wnuczek przyszedł z dwóją za nie zrobione zadanie."

"Pewien obcokrajowiec, znajomy Falczaków, przez parę lat mieszkał w Szczebrzeszynie. Kiedy wreszcie nauczył się poprawnie wymawiać tę nazwę, przeniesiono go służbowo do miejscowości Wierzbno Skwierzyńskie."

"- Czy wiesz, że każdy kieliszek wódki skraca ci życie o pięć godzin? - powiedział Falczak do kumpla lubiącego sobie wypić.
- Wiem - odparł kumpel. - Obliczyłem nawet, że nie żyję już od czternastu lat."

"Ignorant to jest taki facet, który nie wie, że nie wie."

"- Panie Falczak - powiedziała sąsiadka - pański Pikuś zjadł mi kurę.
- Dobrze, że mi pani o tym mówi. Nic więcej, drań, nie dostanie dzisiaj do jedzenia."

"- Wczoraj miałeś tylko klapkę na oku, a dzisiaj masz jeszcze garb - powiedział Falczak do żebraka na Floriańskiej.
- Panie - odpowiedział żebrak - czasy są ciężkie i z samej klapki człowiek nie wyżyje."

"- Może jeszcze jedną szarlotkę? - zachęcała solenizantka, przyjaciółka Falczakowej.
- Już dwie zjadłam - powiedziała Falczakowa. - Pyszne.
- Zjadłaś, prawdę mówiąc, nie dwie, a cztery, ale jeśli ci smakują, to proszę bardzo."

"Znajomy Falczaka ożenił się po raz drugi i od razu poczuł się jak pies na nowej smyczy."

"Gdyby zamiast operatywnego Mojżesza decyzję podejmował jakiś komitet, to Żydzi do tej pory siedzieliby jeszcze w Egipcie."

"Tylko merdania psiego ogona nie można kupić za pieniądze."

"Prawie każdy pacjent marzy o takim lekarzu, który byłby wyspecjalizowany wyłącznie w nim."

"Jest przerwa w koncercie. «Cholery można dostać z tą dzisiejszą modą - powiedział Falczak do faceta siedzącego obok. - Niech pan spojrzy, diabli wiedzą, czy to chłopak, czy dziewczyna». «To moja córka» - oburzył się facet. «A, to bardzo przepraszam, nie wiedziałem, że to pan jest ojcem» - zaczął się sumitować Falczak. «Jaki ojcem?! Jestem jej matką!»"

"Gdziekolwiek by człowiek nie rozbił namiotu, to zawsze się okaże, że lepsze miejsce jest kawałek dalej."

"Dziadek Falczaka, czując, że umiera, przyznał się żonie, że dwa razy ją zdradził. «Wybacz mi» - powiedział cichym głosem. «Wybaczam ci, wybaczam - szepnęła staruszka. - Ale nie daj Boże, jak nie umrzesz»."

"Pewien znajomy zapytany przez Falczaka, czy zawsze się tak jąka, odparł: «Nnnie, tttylko wteeedy, jaaak mómówię»."

"Ubezpieczenie na życie w ogóle nie ma sensu. Jak długo człowiek żyje, to płaci, a kiedy wreszcie może wziąć forsę, to już nie żyje."

"Czosnek należy jeść parami."

"Najmniej ryzykowne jest śmianie się z samego siebie."

"Na wszelki wypadek powinno się mieć przyjaciół i w niebie, i w piekle."

"Nawet najszczęśliwszy człowiek chce być jeszcze szczęśliwszy."

"Co w drókó piszczy czyli Póstynia Błendofska" - na 6. Przy okazji refleksja. Czytałam tę książkę w 2019 roku (bo czytatkę naturalnie edytuję), jakoś na początku, między innymi w środkach komunikacji publicznej. Nie przeszłam przez całą, gdzieś po jednej trzeciej zrobiłam przerwę, z przyczyn raczej nieliterackich (spotkania, zajęcia, inne lektury?). W bibliotece na peryferiach miasta mijał mi termin, więc ruszyłam na ksero i trzymam w domu zbindowany własny egzemplarz. Wróciłam do książki teraz - piszę to mniej więcej w środku lata'2019 - i, choć uważam pozycję za dobrą, stwierdzam, że kiedyś, to znaczy kilka miesięcy temu, chichrałam się przy lekturze jak norka, a dziś parę razy jedynie zaśmiałam się pod nosem. Nie z Kernem problem, ze mną: miniona bezpowrotnie zima użyczyła mi nastroju...

Cztery łapy (Kern Ludwik Jerzy)
Łapy, pióra i rymów cała fura (Kern Ludwik Jerzy)
Pies, kot i spółka (Kern Ludwik Jerzy)
Kot rybołówca (Kern Ludwik Jerzy)
W królestwie kotów (Kern Ludwik Jerzy)
Niespodzianka (Kern Ludwik Jerzy)
Niedźwiedź w szafie (Kern Ludwik Jerzy)
Żyrafa u fotografa (Kern Ludwik Jerzy)
Pan Tygrys (Kern Ludwik Jerzy)
Nasze podwórko (Kern Ludwik Jerzy)
Mistrz (Kern Ludwik Jerzy)
Błędny rycerz (Kern Ludwik Jerzy)
Kapitan Ali i jego pies (Kern Ludwik Jerzy)
Menażeria kapitana Ali (Kern Ludwik Jerzy)
Kapitan dalekomorskiej wanny (Kern Ludwik Jerzy)
Kiedy odkręcam kran (Kern Ludwik Jerzy)
Rower z Rowerowa (Kern Ludwik Jerzy)
Śmieszny cień (Kern Ludwik Jerzy)
Same rodzynki (Kern Ludwik Jerzy)
Nosorożce w dorożce i inne wiersze (Kern Ludwik Jerzy)
Nosorożce w dorożce i inne wiersze [Buka] (Kern Ludwik Jerzy)
Pierwszy i kilka innych wierszy (Kern Ludwik Jerzy)
Mądra poduszka: Wiersze dla dzieci (Kern Ludwik Jerzy)
Wiersze dla dzieci (Kern Ludwik Jerzy)
Wiersze (Kern Ludwik Jerzy)
Coś o dzieciach (Kern Ludwik Jerzy)
Imiona nadwiślańskie (Kern Ludwik Jerzy)
Bukiet z wierszy (Kern Ludwik Jerzy)
Wiersze pod choinkę (Kern Ludwik Jerzy)
Tu są bajki (Kern Ludwik Jerzy)
Bajki drugie (Kern Ludwik Jerzy)
Wolne wnioski (Kern Ludwik Jerzy)
Do widzenia zwierzęta! (Kern Ludwik Jerzy)
Wiersze i wierszyki (Kern Ludwik Jerzy)
Powrót Ramony (Kern Ludwik Jerzy)
Bajki, bajki, bajki... (Kern Ludwik Jerzy)
Spacer z koniem (Kern Ludwik Jerzy)
Zemsta szafy (Kern Ludwik Jerzy)
Najwyższe wykształcenie (Kern Ludwik Jerzy)
Kernalia (Kern Ludwik Jerzy)
Podglądanie rodaków (Kern Ludwik Jerzy)
Jaśnie Pan Rym (Kern Ludwik Jerzy)
Bigos (Kern Ludwik Jerzy)
Dyskretne podglądanie rodaków (Kern Ludwik Jerzy)
Litery cztery: (Wiersze prawie wszystkie) (Kern Ludwik Jerzy)
Proszę słonia (Kern Ludwik Jerzy)
Karampuk (Kern Ludwik Jerzy)
Ferdynand Wspaniały (Kern Ludwik Jerzy)
Zbudź się Ferdynandzie (Kern Ludwik Jerzy)
Ludwik Jerzy Kern dzieciom (Kern Ludwik Jerzy)
Portrety kwiatów (Kern Ludwik Jerzy)
Moje abecadłowo (Kern Ludwik Jerzy)
O Wacusiu czyli Saga rodu Falczaków (The Falczaks) (Kern Ludwik Jerzy)
Co w drókó piszczy czyli Póstynia Błendofska (Kern Ludwik Jerzy)
Chichotnik czyli Księga śmiechu i uśmiechu (antologia; Chotomska Wanda, Wawiłow Danuta, Kern Ludwik Jerzy i inni)
Koszyk pełen wierszy (antologia; Beszczyńska Zofia, Brzechwa Jan (właśc. Lesman Jan Wiktor), Chotomska Wanda i inni)
Wiersze i wierszyki: Ponad 60 wierszy dla dzieci [Wilga] (antologia; Brzechwa Jan (właśc. Lesman Jan Wiktor), Czechowicz Józef, Fredro Aleksander i inni)
Choinkowe wierszyki (antologia; Bechlerowa Helena, Broniewski Władysław, Chotomska Wanda i inni)

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 14531
Dodaj komentarz
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: