Najciekawsze recenzje
Recenzje
Dostępność książki: X
Polecają X

Zaglądając do chat normandzkich rybaków

Autor: misiak297

Książka: Na normandzkim brzegu (Konopnicka Maria)

Data dodania: 2017-10-31 12:57

Redakcja BiblioNETki poleca!

8 osób poleca ten tekst.

Maria Konopnicka dziś jest kojarzona przede wszystkim z lekturami dla dzieci, z patetycznymi pieśniami patriotycznymi. Czyta się ją raczej tylko z obowiązku. Mało kto sięga po jej nowele spoza kanonu lektur szkolnych (zresztą fantastyczne). W swoich czasach była celebrytką (można by tak to ująć), obecnie mało kto ją docenia. Przeczytałem właśnie niewielki zbiorek „obrazków” (prototyp dzisiejszych reportaży) poświęconych osadom rybackim w Normandii, gdzie przebywała w 1900 roku.

Oto jak rozpoczyna się ta książka:

„Dom rybaka, to dalszy ciąg morza. Przez ścianę szum, w powietrzu sól, za oknem bezmiar modry. Zdaje się, że dość jest drzwi otworzyć, aby przez nie weszło morze i mieszkało z nami. W sieniach pęki lin, sznurów, podrywek, koszyków; w izbach u sufitów okręciki wiszą, nad kominem muszle i gwiaździce, w podwórku wywrócone do góry dnem czółno, połamane kotwice, więcierze, zapasowe wiosła... Wchodzisz i myślisz — dom na ziemi stoi.
A nieprawda!
I on, i byt pokoleń całych, od prapradziadów, co wznieśli te zręby, aż do gospodarzy naszych, wszystko to stoi morzem i na morzu. Życie ludzkie zarzuciło tu kotwicę tak samo, jak ją nieco dalej zarzucają barki i łodzie, i tak jak one kołysze się z falą i na fali. Jego radości i nadzieje, jego klęski i żałoby kołyszą się z nim razem”[1].

Właśnie o takim świecie pisze Konopnicka – odległym, nieco nawet egzotycznym, ale intrygującym. Obserwuje rybaków, ich żony, rodziny, wreszcie funkcjonowanie wioski, lokalne zwyczaje – wnikliwie, przeważnie „na chłodno”, choć nie wyklucza to emocjonalnego zaangażowania. Jej komentarze są celne i świadczą o empatii, zrozumieniu dla rzeczywistości, w której się znalazła.

Ten świat jest podległy morzu, jak morze – „całe góry wody, pod którymi wrzała otchłań grubych, niemal namacalnych mroków”[2] – przypływom, odpływom i burzom. Rządzi się on swoimi prawami. Każdy tu zna swoje miejsce, swój los. Wykroczenia poza społeczne schematy należą do rzadkości. Mężczyźni – mężowie, synowie, bracia – żyją na morzu (w którym większość z nich spocznie na zawsze). Stery codziennego bytu dzierżą jednak kobiety – i to one wydają się ważniejsze w tym systemie. Rozporządzają rodzinnym mająteczkiem, zbierają rentę przynoszoną przez męża. Wszak tu

„Wartość mężczyzny, a i wartość małżeńskiego szczęścia, oblicza się oczywiście na zyski z połowu. Nie mówi się tutaj: »mąż mój jest dobry człowiek«, ani: »mąż mnie kocha«, ale się mówi: »Mąż mój zarabia, mąż mój tyle a tyle przynosi«”[3].

Jak pisze Konopnicka (ileż w tym przewrotności!): „Normandzka Ewa nie zjadłaby jabłka. Ona by je sprzedała i grosz do kasy zaniosła. Kochanek naraża na straty, mąż daje pewny dochód — oto najgłębszy, bo ekonomiczny grunt kwestii”[4].

Tu nawet śmierć przelicza się na pieniądze, ba, trochę się na nią czeka. Dzisiejszych czytelników może szokować stosunek ówczesnych Normandek do „asekurowanych” (czyli: ubezpieczonych) mężów i synów – rybaków, marynarzy:

„Rybaczka normandzka nie powierza morzu »swego człowieka« bez ścisłej gwarancji. Asekuruje go ona prawie że w dzień ślubu, prawie że w chwili, kiedy się on wraz ze swoją barką i sieciami własnością jej staje, i poza całym przywiązaniem patrzy na niego, jak na przedmiot, który nie tylko za życia, ale i po śmierci korzyść jej jeszcze przyniesie.
– [Jeśli mój mąż umrze, otrzymam pięćset franków] – mówi nasza gospodyni z jasnym, pogodnym uśmiechem, jak gdyby mówiła o jakiejś radosnej chwili życia.
 Nie znaczy to wcale, żeby »Mère Toutaint« nie kochała »Père Toutaint«. Bynajmniej! Kocha go bardzo. Zawsze jednak błogo pomyśleć, że i śmierć nawet sama zysk jej jakowyś przyniesie”[5].

Wcześniej Konopnicka zaglądała do chat polskich chłopów, teraz – do chat normandzkich rybaków. Pokazuje różne aspekty życia w osadzie. Pozostaje blisko ludzi, zbiera wrażenia, zwraca uwagę na szczegóły. Dobry „obrazek” (reportaż) sprawia, że przenosimy się do świata realnego, a jednak całkiem obcego. Tak jest i tutaj. Widzimy nieszczęsne sieciarki stojące bardzo nisko w hierarchii społecznej („Sieciarka należy w osadzie prawie do nieruchomości”[6]) i na pół ślepe, niemal zapomniane prababki siedzące na progach domostw. Robimy zakupy na nabrzeżnym targu. Uczestniczymy w połowie węgorków. Biegniemy – jak niemal wszyscy mieszkańcy wioski – do przystani, gdy wracają na swych barkach rybacy. Bawimy się na jarmarku. Podglądamy konkury w rybackiej wiosce:

„Młody sabotnik chodzi w zaloty do dużej płaskiej dziewczyny. (…) Dla córki rybaka takie lądowe małżeństwo nie bardzo pasuje. Jest mezaliansem prawie. Morze, i to co do morza należy, co w morzu pracuje, należy do arystokracji w osadzie, a sieć i wiosło jest prawie rodowym herbem. Ale że ojciec dziewczyny razem z barką na zimowym połowie zginął, więc nie było co za córką rybakowi dać, a tak zdecydowała się wdowa i na sabotnika”[7].

Najbardziej dramatycznym rozdziałem jest ten, który pokazuje nieoczekiwaną walkę z żywiołem podczas burzy („Do ziemi”). Mieszkańcy osady z brzegu bezradnie wpatrują się w miotany przez fale dwumasztowiec: „wszyscy wiedzieli, że pod tym zamkniętym pokładem, w tej strasznej, ciskanej morzem trumnie, są zamknięci ludzie, dla których bije ostatnia godzina”[8]. Nawet po blisko stu dwudziestu latach, które minęły od tamtej burzy i dramatycznego zmagania się z morzem, czuje się to napięcie, oczekiwanie na cudzy koniec z nadzieją, że ów jednak nie nadejdzie.

Tak, tu wszystko oddane jest morzu, zdaje się ono prawdziwym bogiem, któremu trzeba okazywać szacunek. Konopnicka to wyczuła, zrozumiała, zdołała przekazać. Zobaczcie, jak zmienia się atmosfera jarmarku, kiedy zabawę przerywa dźwięk z kościelnej wieży – bicie dzwonu za tonących. Zobaczcie, jak przejmujący jest ten opis:

„I nagle, w cały rozgwar bujnego życia i młodej radości zaczyna bić dzwon za tonących. Z wolna bije, posępnie, głęboko. Uderza trzy razy – i milknie. I znowu trzy – i znowu milknie. Muzyka urywa w pół taktu, grajki, kataryniarze, komedianty, diabły odkrywają głowy; rybacy powyjmowali z gąb fajki; kobiety w czarnych swoich sukniach i wielkich kolczykach stoją ze splecionymi rękami, hieratyczne, sztywne, młodzież poklękła gdzie kto stał, czy szedł (…). Szept modlitewny polatuje nad schylone głowy, a z szeptem łączy się daleki, głęboki huk morza, które nagle zagadało w ciszy. Zmierzch rośnie. Huk morza i jęk dzwonu przepierają się, plączą, mocują, szamocą.
 ...Stara wieża prawo łaski ma. Stare, dobre prawo, przez starych, dobrych królów jej nadane. Przez królów, którzy nosili korony z żelaza, a srebro topili w dzwony. Ale morze ma prawo zagłady. Daleko starsze, dużo lepsze prawo. Prawo żywiołu. Stare jak świat, niepamiętne w śmiertelnej swej dawności prawo, z onych przedczasów jeszcze, kiedy Duch unosił się nad wodami, sam sobie król, i sam sobie władca. Co dnia o zmroku jęczy tak wieża, stara wieża (…), i co dnia huczy morze. Rozejmu w tym nie ma, nie ma armistycji od wieku do wieku. I targa życiem dzwon w swoją, morze w swoją stronę. A moc morza w tym, że ma sojusz z śmiercią. Moc dzwonu zasię w tym, że ma serce, a w sercu nadzieję”[9].

Czytam „Na normandzkim brzegu” i jestem razem z pisarką w tym świecie, którego porządek wyznacza groźne morze. Widzę to, co ona, czuję jej emocje – i jest to zasługa jej znakomitego pióra. Żyję w dwudziestym pierwszym wieku, dzięki wyszukiwarce internetowej mogę obejrzeć niemal cały świat, nie ruszając się z domu. Jej czas przypadł na inną epokę, podróż do Normandii odbyła ponad sto lat temu. A jednak literatura przerzuciła pomost ponad czasem i między światami. Stoję obok Marii Konopnickiej, podziwiamy oboje potęgę wzburzonego morza.


---
[1] Maria Konopnicka, „Na normandzkim brzegu”, Wydawnictwo Morskie, 1978, s. 15.
[2] Tamże, s. 46.
[3] Tamże, s. 22.
[4] Tamże, s. 42.
[5] Tamże, s. 24-25. Francuskie słowa zastąpiłem polskim tłumaczeniem (umieszczonym w nawiasie kwadratowym) z przypisu.
[6] Tamże, s. 28.
[7] Tamże, s. 38.
[8] Tamże, s. 80.
[9] Tamże, s. 99-100.

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Podziel się:

komentarzy: 4 | wyświetleń: 710

Dodaj komentarz  

Pokaż: [drzewo komentarzy] [komentarze według daty dodania]

Użytkownik: epikur 2017-11-01 23:02 napisał(a):

Odpowiedź na: Maria Konopnicka dziś jes... | misiak297 Pokaż rodzica

Parafrazując słowa Niemena: ważne są tylko te perełki, których jeszcze nie znamy. Chociaż tę akurat znam. Super książeczka. Fajnie, że do niej dotarłeś.

Linka Odpowiedz

Użytkownik: lachus77 2017-11-03 09:25 napisał(a):

Odpowiedź na: Parafrazując słowa Niemen... | epikur Pokaż rodzica

Parafrazując Grechutę, nie Niemena.

Linka Odpowiedz

Użytkownik: epikur 2017-11-03 11:56 napisał(a):

Odpowiedź na: Parafrazując Grechutę, ni... | lachus77 Pokaż rodzica

Racja, racja. Nie wiem dlaczego tak napisałem, może zasugerowałem się dokumentem o Niemenie, który wtedy oglądałem. :)

Linka Odpowiedz

Użytkownik: lachus77 2017-11-03 09:28 napisał(a):

Odpowiedź na: Maria Konopnicka dziś jes... | misiak297 Pokaż rodzica

Życiu normandzkich rybaków poświęcona jest ta powieść:

Na skałach Calvados (Sygietyński Antoni (Sygietyński A.))

Linka Odpowiedz

- książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę

- do książki dodano opisy lub recenzje

- książka dostępna w naszej księgarni

- książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)

- książka znajduje się w Twoim schowku