Najciekawsze recenzje
Recenzje
Dostępność książki: X
Polecają X

Zrozumieć Lucy Snowe

Autor: misiak297

Czytatnik: Misiakownik

Data dodania: 2017-09-04 23:54

4 osoby polecają ten tekst.

Wydaje się, że „Villette” to wciąż książka niedoceniona na gruncie polskim. Raczej nie ma szans wygrać z „Dziwnymi losami Jane Eyre”, najsłynniejszą powieścią Charlotte Brontë – wielokrotnie wznawianą, ekranizowaną, zdobywającą kolejne rzesze fanów. Od stu siedemdziesięciu lat porywa, zachwyca i wzrusza. Jane Eyre to jedna z pierwszych kobiet w literaturze, która z pasją potrafi walczyć o swoje – o miłość, o szacunek, o godność i o szczęście. Tymczasem „Villette” jeszcze kilka lat temu trudno było zdobyć. Sądząc po pierwszych recenzjach na stronach internetowych, ta powieść – uznana przez krytyków za najlepszą w dorobku Charlotte Brontë - nie zdobyła wielu czytelniczych serc. Dlaczego?

Przyznam, że ja sam nie należałem do jej entuzjastów. Pamiętam, kiedy czytałem „Villette” po raz pierwszy - w 2009 roku. Dwutomowe wydanie, pełne literówek z pstrokatą, trochę kiczowatą okładką. To było czytanie na raty, a może raczej brnięcie przez biografię Lucy Snowe. Towarzyszyło mi coraz większe zniecierpliwienie i znużenie. Kończyłem z poczucia lojalności wobec kobiety, która swoją najsłynniejszą książką zapewniła mi emocje, jakich dotychczas rzadko doświadczałem w literaturze (kiedy czytałem „Dziwne losy Jane Eyre” byłem nastolatkiem i miałem przed sobą wiele książek do odkrycia). A jednak gdy na dobre zamknąłem „Villette” odczułem ulgę. Odłożyłem ją na półkę, wiedząc, że już tam zostanie – gdzie by mi tam do głowy przyszło pozbywać się książki Charlotte Brontë! – ale nie sądziłem, że kiedykolwiek do niej wrócę.

Wróciłem do niej cztery lata później – w październiku 2013 roku – kiedy nakładem Wydawnictwa MG ukazało się wznowienie. Skłamałbym, gdybym napisał, że sięgnąłem po „Villette” bez obaw. Natomiast te obawy bardzo szybko się rozproszyły. Tak jak pokochałem Jane Eyre od pierwszych stron, tak za drugim razem pokochałem Lucy Snowe, która opowiada swoją historię w „Villette”. Być może cztery lata, które dzieliły nasze dwa spotkania mnie zmieniły. Może do tej lektury i do tej bohaterki trzeba było dojrzeć?

Pora napisać coś o treści. Narratorka – wspomniana Lucy Snowe - spędza szczęśliwie czas w domu swojej matki chrzestnej, Luizy Bretton. Niestety, dobre chwile nie trwają długo. Lucy w tajemniczych okolicznościach traci wszystkich swoich bliskich. Szukając nowego pomysłu na życie, wyrusza do fikcyjnego Labassecour (kraj wzorowany na Belgii). Tam zostaje zatrudniona na pensji dla dziewcząt prowadzonej przez ambitną i despotyczną Madame Beck. Lucy – angielskiej nauczycielce – trudno przychodzi odnalezienie się na obczyźnie. A jednak przyjdą dobre dni, nadzieja, miłość. Czy to zapowiada pomyślny koniec? Takiego właśnie możemy się zazwyczaj spodziewać w tego typu powieściach - zło zostaje ukarane, dobroć nagrodzona, a bohaterka przeważnie staje przed ołtarzem, zdobywszy mężczyznę, którego darzy miłością.

Wydaje mi się, że rozumiem, na czym polega trudność w czytaniu „Villette”. Chodzi o główną bohaterkę. Jane Eyre – jej literacka młodsza „siostra” – od pierwszych stron potrafiła zjednać sobie czytelnika. Silna, niezależna, pozostawała również sympatyczna. Czytając, miało się wrażenie, że to najbliższa przyjaciółka dopuszcza do swojej historii. Śledziło się jej zawikłane losy, kibicowało, nierzadko płakało razem z nią (trudno mi zliczyć łzy – rozpaczy i wzruszenia - które wylałem nad tą powieścią!). Tymczasem Lucy jest kimś zupełnie innym niż Jane. Zwierza się tak samo – a jednak pozostaje nieprzystępna. Zaprasza czytelnika do swego świata, a jednocześnie trzyma go na dystans, nie pozwala sobie na cieplejsze uczucia nawet względem niego. To istna Królowa Śniegu, która wiecznie się pilnuje, aby zatrzymać uczucia w sobie. Otacza ją chłód (nieprzypadkowo Lucy ma na nazwisko Snowe). Może się wydawać odpychająca – domyślam się, że niewielu osobom chciałoby się przedzierać przez tę pokrywę lodową. Taka sama jest narracja „Villette” – ma w sobie coś posępnego i chłodnego, wydaje się do granic możliwości wyważona. Całą tę historię zdaje się spowijać mrok. Właściwie niewiele się tu dzieje – trudno o pełną zwrotów akcji fabułę, kiedy główna bohaterka przyjmuje za swe credo: „Nie ma nic lepszego nad skromne poczynanie sobie w życiu i krojenie na umiarkowaną skalę. Jest to najbardziej niezawodny sposób utrzymania równowagi cielesnej i duchowej, gdy, przeciwnie, rzucanie się nieopatrzne na szerokie wody wielkich, zawrotnych pomysłów naraża na zbyt rychłe spalanie się ciała i ducha w nadmiernej gorączce”.

Wszystko koncentruje się zatem na emocjach bohaterki – tych tłumionych, ale czytelnych, jeśli tylko ktoś spróbuje zrozumieć tę biedną Lucy Snowe. Bo ten wyważony głos, którym bohaterka snuje opowieść ledwo słyszalnie drży. Tu emocje są ujęte w karby, ale nie zostają zgaszone. Płoną w niej (ta bombastyczna metafora naprawdę tu pasuje). Nie da się uciec od siebie – nie da się uciec od własnych uczuć. Im ciaśniejszy gorset, tym większe ryzyko, że pęknie – albo ten, kto go nosi, udusi się. I tę burzę emocji widać w tej powieści. Znamienne jest to, że Lucy odpowiadając na listy, pisze dwie wersje – jedną „prawdziwą”, zgodną z targającymi nią uczuciami (ten list nigdy nie dotrze do adresata), a drugą – spokojną, ułożoną z niemal chirurgiczną precyzją. To straszna walka serca i rozumu:

„Czy uważny czytelnik, pamiętający, co było powiedziane o kilka stronic wstecz, chciałby dowiedzieć się, jak odpisywałam na te listy? Czy ulegałam powściągliwemu działaniu rozsądku, czy też pozwalałam, aby ponosiło mnie niepohamowane uczucie? Jeśli mam wyznać prawdę, przy układaniu odpowiedzi podlegałam obu wpływom równocześnie: służyłam obu panom, klękałam przed jednym i drugim ołtarzem. Pisałam dwie odpowiedzi - jedną dla ulżenia samej sobie, drugą dla Grahama. Nade wszystko jednak uczucie i ja wspólnie wyrzuciliśmy rozsądek za drzwi, zawarłszy za nim rygle i zasuwy, po czym oboje pospołu rozpostarliśmy przed sobą arkusz papieru, zanurzyliśmy pióro w kałamarzu i z wielkim zadowoleniem przystąpiliśmy do dawania swobodnego, szczerego upustu wylewom serca. Kiedy uporaliśmy się z tym, zapełniliśmy dwa arkusiki tekstem wyrażającym uczucie głębokiej i trwałej wdzięczności (raz na zawsze zastrzegam się jak najkategoryczniej przeciwko wszelkiemu, jakie mogłoby wkraść się, podejrzewaniu mnie o cieplejsze uczucia. Kobiety nie żywią ich tam, gdzie od początku znajomości i poprzez cały jej bieg nie mogły łudzić się co do tego, że podtrzymywanie podobnych uczuć byłoby niedorzecznością. Nikt nie puszcza się na rwące, zmącone wody miłości, o ile nie przyświeca mu gwiazda nadziei.”

Jej uczucia, lęki tchną autentyzmem, przekonują. Stąd „Villette” jest znakomitą powieścią psychologiczną – jedną z pierwszych w historii literatury. Pod niektórymi z refleksji bohaterki mógłby się podpisać i współczesny czytelnik. Przykładowo - któż z nas nie doświadczył kiedyś męki czekania w ważnej dla siebie chwili, która przedłużała się jakby o godziny?:

„Czekałam na mojego mistrza. Apollyon przybywał, ciągnąc za sobą czeluści piekielne. Myślę, że gdyby wieczność mieściła w sobie udrękę serca, jej postacią nie byłby stos ognisty ani pień ofiarny, ani też istotą jej nie byłaby rozpacz. Myślę, że pewnego dnia, jednego spośród tych dni, które nigdy nie zaznały wschodu i nigdy także nie zaznają zachodu, zstąpił anioł do Hadesu - stanął tam jaśniejący, uśmiechnięty i obwieścił możliwość wybawienia, wzniecił nadzieję przyszłego szczęścia, które ma nastąpić nie teraz, ale o niewiadomej godzinie niedającego się przewidzieć dnia, urzeczywistniając w całej rozciągłości i wielkości wspaniałą zapowiedź - a po tym oświadczeniu, wzbiwszy się na skrzydłach na wyżyny, stał się gwiazdą i znikł w rodzimych swoich niebiosach. Tym, co pozostawił po sobie, byłaby niepewność oczekiwania, gorsza niż rozpacz.”

Jeśli zrozumie się bohaterkę, jeśli uda się przeniknąć ten lód – czytanie przyjdzie łatwiej. Trudno śledzić historię Lucy Snowe bez współczucia (oczywiście, ono należało się też Jane Eyre – ale jej łatwiej było współczuć, może dlatego, że nie bała się swoich emocji i swoich łez). Nie wiem, czy tak naprawdę można jej kibicować – tę opowieść zdaje się snuć kobieta z góry przegrana, otoczona ciemnością, skazana na nieszczęście.

Skąd ten autentyzm? Może stąd, że „Villette” to w dużej mierze powieść autobiograficzna. Tworzona przez kobietę zrezygnowaną – która pochowała najbliższych, straciła miłość życia (i nie było widoków na to, że jakakolwiek kolejna się pojawi. Oczywiście, los bywa przewrotny, ale pisząca „Villette” Charlotte Brontë nie wiedziała, jaką szykuje dla niej niespodziankę). Właściwie została jej już tylko samotność. Nie miała już nic do stracenia, więc opisała swoją rozpacz, depresję, nieszczęśliwą miłość. W głównych postaciach z „Villette” ktoś zaznajomiony z historią Charlotte Brontë bez trudu odnajdzie autentyczne postaci – profesora Constantina Hegera (który przeszedł do historii przede wszystkim jako mężczyzna, którego kochała jedna z najwybitniejszych angielskich pisarek), jego żonę (czy rzeczywiście była tak podła, jak powieściowa Madame Modesta Maria Beck, czy to raczej osobista niechęć autorki tak ją ukształtowała?). Lucy Snowe to swoisty autoportret Charlotte Brontë. Ich losy w dużej mierze pokrywają się z jej biografią.

Kilka dni temu swoją premierę miało kolejne wydanie „Villette”. Obrazek na okładce jest dyskretny. Widzimy kobietę smaganą deszczem, nad nazwiskiem autorki znalazł się cytat z powieści, na czwartej stronie okładki – zasłużone zachwyty George Eliot i Virginii Woolf. Trzymam tę książkę w ręku i przypominam sobie siebie młodszego, znużonego, odliczającego strony do końca. Jakże chce mi się teraz z siebie śmiać! Nie przypuszczałem wówczas, że kiedyś „Villette” stanie się jedną z moich najukochańszych i najważniejszych dla mnie książek.

Sięgnijcie po tę powieść. Może i Was czeka wielkie odkrycie. Dajcie Lucy Snowe szansę – niech opowie swoją smutną, przejmującą historię.

Villette (Brontë Charlotte (Brontë Karolina; pseud. Bell Currer))

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Podziel się:

komentarzy: 4 | wyświetleń: 228

Dodaj komentarz  

Pokaż: [drzewo komentarzy] [komentarze według daty dodania]

Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 2017-09-13 14:08 napisał(a):

Odpowiedź na: Wydaje się, że „Villette”... | misiak297 Pokaż rodzica

Interesujące!
Z ciekawości - czy w "Villette" są też jakieś elementy powieści pensjonarskiej, w sensie opisu samego życia i pracy na pensji/w szkole? To by był dla mnie dodatkowy sygnał zachęty ;)

Linka Odpowiedz

Użytkownik: misiak297 2017-09-14 12:11 napisał(a):

Odpowiedź na: Interesujące! Z ciekawoś... | LouriOpiekun BiblioNETki Pokaż rodzica

Tak owszem, są takie fragmenty:)
Do książki bardzo zachęcam, jest wspaniała!

Linka Odpowiedz

Użytkownik: Anna125 2017-10-10 22:56 napisał(a):

Odpowiedź na: Wydaje się, że „Villette”... | misiak297 Pokaż rodzica

Świetna recenzja, zachęcająca :D

Linka Odpowiedz

Użytkownik: Anna125 2017-10-10 22:58 napisał(a):

Odpowiedź na: Świetna recenzja, zachęca... | Anna125 Pokaż rodzica

Muszę dodać, wiem że nie w recenzjach lecz Misiakowniku, ale dla mnie nią jest.

Linka Odpowiedz

- książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę

- do książki dodano opisy lub recenzje

- książka dostępna w naszej księgarni

- książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)

- książka znajduje się w Twoim schowku