Dodany: 2017-07-30 07:09|Autor: dot59Opiekun BiblioNETki

Czytatnik: Czytam, bo żyję

4 osoby polecają ten tekst.

Arcydzieło czy bełkot?


Mimochodem – głównie dlatego, że dwujęzyczny, a przy tym pięknie wydany – weszłam w posiadanie zbiorku poezji autorki, o której nigdy przedtem nie słyszałam: Mleko i miód (Kaur Rupi).
W Biblionetce także nie cieszy się ona szczególną popularnością, bo choć nota wydawcy głosi, że to „międzynarodowy bestseller”, to zaledwie kilkanaście osób oceniło ten jej pierwszy i jedyny jak na razie tomik, a nikt się do niego słownie nie ustosunkował. Z ciekawości zajrzałam na konkurencyjny portal i oniemiałam: 2354 opinie czytelników? Co prawda na górze tej samej strony podane są nieco niższe liczby: 705 ocen i 115 opinii, ale nawet tyle wygląda imponująco. Przyznaję uczciwie: nie liczyłam, przejrzałam kilkadziesiąt pierwszych opinii-recenzji, z których już zaraz na początku dowiedziałam się, że mam do czynienia z książką, „która podbija Instagram i facebookowe strony z sentencjami”*. Aha. To już wiem, dlaczego nic nie wiedziałam – w tych miejscach nie bywam. Co prawda inna recenzentka donosi, że „»Mleko i miód« zawładnęło internet. Wyskakuje dosłownie wszędzie”*, ale mnie nie wyskoczyło, póki mi w księgarni nie wpadło w ręce (a właściwie nie wetknął mi go mój drogi małżonek).

I chyba dobrze zrobiłam, że za studiowanie opinii zabrałam się już po lekturze; gdybym to zrobiła wcześniej, doświadczyłabym ogromnego dysonansu poznawczego. Bo prawie wszystkie mieszczą się w jednej z dwóch kategorii: maksymalnie entuzjastycznej (czasem nawet jeszcze przed przeczytaniem; jedna z czytelniczek wyznaje: „Nie umiem powiedzieć co przykuło do niej moją uwagę, ale wprost wariowałam na jej punkcie, choć jeszcze nie znałam jej treści”*) albo maksymalnie niechętnej.
Na przemian:
„Autorka ma niezwykły talent, który wykorzystała w stu procentach”*;
„Niestety brnąc dalej w książkę, przestała ona czymkolwiek zaskakiwać, a co gorsza, momentami bywała zanadto patetyczna i przesadzona”*;
„Najpiękniejszy manifest kobiecości ubrany w kilku słowach!”*;
„…zalatuje feminizmem”*;
„Żadna poezja, z którą wcześniej miałam do czynienia, nie wywołała we mnie tylu emocji”*;
„Spodziewałam się czegoś lepszego. Treść bardzo prosta, banalna”*;
„Jedna z najlepszych książek wydanych w tym roku”*;
„Prosta, bardzo nieskomplikowana fraza w najczęściej grafomańskim stylu pisze o »kobiecych« problemach”*;
„… to arcydzieło przelane na kartkę”*;
„Dramat, dno, pretensja, żale licealistki, którą opuścił jakiś Szymon czy inny Mateusz. Infantylizm i upupianie”*;
„…to jest dzieło totalne”*;
„Ta książka spłyca wszechświat”*;
„Niesamowite doświadczenie. Powracam każdego dnia”*;
„Trochę żałuję, że uległam medialnemu bum”*;
„Biblia każdej kobiety. Must have”*;
„Porażający bełkot”*…
Białe. Czarne. Białe. Czarne.

A ja nie lubię tak kategorycznie oceniać swoich lektur; nawet książek zaszczyconych szóstką nie nazywam arcydziełami, bo zdaję sobie sprawę, że na wysokość oceny prócz jakości literackiej może wpłynąć także mój mniej lub bardziej zmienny stan emocjonalny i osobiste doświadczenia, a nawet tych ocenionych na jedynkę (którą zresztą daję wybitnie rzadko, na ogół w wypadkach, gdy autor demonstruje brak znajomości podstawowych zasad ortografii i gramatyki, brak kultury dyskusji, względnie sprawia wrażenie, jakby sobie z czytelnika kpił) staram się nie opatrywać określeniami tyleż ogólnikowymi, co obelżywymi. Wypunktowanie błędów albo stwierdzenie, co mnie się osobiście w książce nie podoba, powie wszak innemu czytelnikowi dużo więcej, niż „grafomania”, „bełkot”, „dno”.

No więc co mi się w „Mleku i miodzie” podoba, a co nie?

Plusy:
- strona graficzna. Dawno nie widziałam tak estetycznie wydanego tomu poezji. Nawet prościutkie rysuneczki autorki, choć trudno je nazwać ambitną sztuką, ładnie harmonizują z tekstami;
- tematyka. To prawda, relacje męsko-damskie są motywem bodaj najczęściej wykorzystywanym przez poetów płci obojga (choć chyba częściej przez kobiety) od jakichś paru tysięcy lat, czy to jednak znaczy, że temat wyeksploatowano do cna i nie należy już dziś pisać wierszy o oczarowaniu, pożądaniu, wzajemnym krzywdzeniu się, rozstaniu? Podejrzewam, że na palcach można policzyć czytelniczki, którym ani jeden z utworów Kaur nie przypomniał czegoś z ich własnej przeszłości lub teraźniejszości. Feminizm? Jeśli pojmowany jako niezgoda kobiety na wmuszanie jej od dzieciństwa postawy istoty cichej i pokornego serca, biernej, nieasertywnej, na uprzedmiotowienie i pozbawienie własnego zdania – to jak najbardziej.
- umiejętność lapidarnego podsumowania prawd psychologicznych + nasycenie emocjami. Niektóre wiersze to pełnowymiarowe dramaty, skondensowane w paru linijkach.

Minusy:
- nie we wszystkich formach autorka radzi sobie równie dobrze. Klasyczny wiersz biały, sześcio-, dziesięcio- czy kilkunastowersowy wydaje się tą, która jest dla niej stworzona. Za to proza poetycka w jej wykonaniu to zwykła proza, tylko podzielona na kilka strofopodobnych akapitów i pozbawiona poprawnej interpunkcji. A najkrótsze… no, właśnie, czy wiersze złożone z dwóch-trzech wersów po dwa-trzy słowa to jeszcze wiersze? No, niby tak, bo przecież haiku… ale mimo wszystko te przypominają raczej luźne zapiski, przemyślenia, czasem zbyt proste i zwyczajne, zbyt lapidarne, żeby utworzyć jakiś obraz;
- część utworów, zwłaszcza tych najkrótszych wierszy-nie-wierszy, wygląda jak pocięte fragmenty jednej większej części; połączone, wzmacniałyby się nawzajem, zaś uznane za samodzielne całości sprawiają wrażenie déjà vu:
„jestem muzeum pełnym dzieł sztuki
ale zamknąłeś oczy”[183],
„byłam muzyką
ale kazałeś obciąć sobie uszy”[213];
„ludzie odchodzą
ale to
jak odeszli
zostaje na zawsze”[235],
„to jak
odchodzą
mówi ci
wszystko”[269];
- nie jestem zwolenniczką zbytniej dosłowności, jeśli chodzi o kwestie cielesne. Może jednak poezja obeszłaby się bez wzmianek o menstruacji, depilacji i technicznych detalach pożycia damsko-męskiego? Nie ma tego co prawda aż tak dużo, ale i tyle nadto.

Część recenzentów zarzuca poetce zbytnią dosłowność i prostotę, brak wyszukanej metaforyki. Tylko czy to rzeczywiście wada? Mnie osobiście trudno się z tym zgodzić, bo gdzież jakaś wieloznaczność, żonglowanie słowem i wyrafinowane przenośnie w takim na przykład fragmencie:
„Precz z moich oczu!... posłucham od razu,
Precz z mego serca!... i serce posłucha,
Precz z mej pamięci!... nie, tego rozkazu
Moja i twoja pamięć nie posłucha (…)” –
a przecież jego autora od prawie dwustu lat cała Polska zna i ceni. Romantycy wcale nierzadko grali na emocjach czytelnika słowami jednoznacznymi i prostymi (jak na owe czasy), dlaczego więc nie miałoby być wolno tego czynić poetom współczesnym?

Reasumując, spośród utworów Kaur mniej więcej połowa – mimo tej swojej prostoty – zrobiła na mnie duże wrażenie; kilkanaście uważam za zbyt krótkie i/lub niedopracowane, drugie tyle nie spodobało mi się zupełnie. To nieźle, bo są poeci, z których dużo bogatszej twórczości jestem w stanie wybrać ledwo jeden czy dwa wiersze, zadowalające mnie estetycznie i emocjonalnie, a są i tacy, których stylu/języka ewidentnie nie znoszę. Nie uważam tej młodej poetki za jakieś wielkie objawienie, ale sądzę, że ma w sobie spory potencjał i będzie w stanie się rozwinąć, jeśli tylko nie ograniczy się do eksploatowania tych samych motywów.

* wszystkie cytaty oznaczone gwiazdką z: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4158201/mleko-i-miod (pisownia i interpunkcja zachowana wg oryginału)

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 1173
Dodaj komentarz
Przeczytaj komentarze
ilość komentarzy: 14
Użytkownik: LouriOpiekun BiblioNETki 2017-07-31 13:03 napisał(a):
Odpowiedź na: Mimochodem – głównie dlat... | dot59Opiekun BiblioNETki
Wszystkiego książkowego z okazji 12. (WOW!) urodzin BNetkowych - jeszcze więcej jeszcze ciekawszych lektur i 100 lat pisania super tekstów i komentarzy :)

A co do Kaur - kolega na fb był zachwycony tym jej wierszem:

"chcę przeprosić wszystkie kobiety
które nazwałam ładnymi
zanim powiedziałam że są inteligentne albo odważne
przepraszam że zabrzmiało to jakby
coś tak zwyczajnego jak to z czym się urodziłyście
było waszym najważniejszym powodem do dumy
bo przecież wasz duch kruszy góry
odtąd będę mówiła coś w rodzaju
jesteś silna albo jesteś niezwykła
nie dlatego że nie uważam was za ładne
ale dlatego że macie w sobie znacznie więcej"

Cóż, dla mnie trochę Coelho trąci, podobnie jak te zacytowane przez Ciebie wyżej...
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2017-07-31 14:07 napisał(a):
Odpowiedź na: Wszystkiego książkowego z... | LouriOpiekun BiblioNETki
Pięknie dziękuję, sama znów przegapiłam tę ładną rocznicę!
Użytkownik: aleutka 2017-07-31 14:26 napisał(a):
Odpowiedź na: Pięknie dziękuję, sama zn... | dot59Opiekun BiblioNETki
Wszystkiego najksiazkowszego dot :)
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2017-07-31 15:53 napisał(a):
Odpowiedź na: Wszystkiego najksiazkowsz... | aleutka
Bardzo dziękuję!
Użytkownik: Anna125 2018-05-08 00:33 napisał(a):
Odpowiedź na: Mimochodem – głównie dlat... | dot59Opiekun BiblioNETki
Niesamowite, chyba w bbnetce są wszystkie książki świata:). Jakże przyjemnie jest się o tym przekonać! Dziękuję za recenzję, bardzo duży szacunek Dot za plusy i minusy. Jesteś niemożliwie obiektywna i sprawiedliwa. Uff, ja tak nie potrafię.
Dzisiaj zabłądziłam do artykułów Justyny Sobolewskiej i Natalii Szostak. Skusiły mnie tytuły: ”Poezja ma się dobrze" i „Anna Ciarkowska nie aspiruje do bycia nowym Herbertem”.
https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1​738592,1,poetki-z-instagrama.readhttp://wyborcza.pl/7,75517,23091163​,anna-ciarkowska-nie-aspiruje-do-bycia-nowym-herbertem-ale.html

"Mleko i miód" Rupi Kaur - milionowe nakłady, nie licząc followersów na Instagramie, rodzima (wydawnictwo "poszło za ciosem") - Anna Ciarkowska "Chłopcy, których kocham".

Haiku też jest zatrzymaną w kadrze chwilą. Jestem zmieszana, kiedy czytam o fenomenie instagramowej poezji i zupełnie nie wiem, co o tym myśleć. Książki pięknie wydane, z pietyzmem. Autorki poświęciły sporo pracy, aby zaistnieć na portalach społecznościowych (pisały o sobie, miłości, traumach, że niekonsekwentnie, mniejsza o to). Przyciągnęły uwagę, prawda szklanego ekranu, fenomen naszych czasów - krzycz głośniej, jeszcze głośniej. Ciekawe, czy można jeszcze głośniej i co trzeba zrobić, napisać, pokazać, aby przebić się, przebić innych. Musi być proste, musi być biało-czarne, musi być kalką reklamową, piekło i niebo. Sposób na życie - tak, na zarabianie - tak, odpowiedź - głos milionów - tak, czyli co - uniwersalne. Dla mnie jednak nie. Pozorny świat, pozorne życie, udawanie i sprzedawanie swoich przeżyć bądź wymyślonych przeżyć. Nie wierzę, nie jest to piękne, dobre, jest w tym instynkt nie rozum, myśl, refleksja, brakuje dystansu do siebie. Jestem królem świata, naśladujcie mnie. OMG - nie. Nie jestem rybą i followersem.
Usłyszałam dzisiaj staroceltycką baśń o chłopcu, dziewczynce, ich ojcu i matce. O Selkie - to foka. Film to „Sekrety morza”, kreskówka
http://www.filmweb.pl/film/Sekrety+morza-2014-622476
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2018-05-08 09:39 napisał(a):
Odpowiedź na: Niesamowite, chyba w bbne... | Anna125
Dotykasz tu, Chomiku, tak samo zresztą, jak i autorzy podlinkowanych tekstów, bardzo ważnego problemu naszych czasów, czy może raczej dwóch zazębiających się problemów: pierwszego - czy sztuka, którą zachwycają się tysiące, ba, może i miliony ludzi, może być coś warta - bo skoro coś podoba się prawie wszystkim, może nie zasługuje na to, żeby podobać się komukolwiek? - i drugiego - jak daleko może i powinna sięgać autopromocja/ promocja obojętnie jakiej działalności twórczej. Próbuję znaleźć odpowiedź na te pytania od lat, ale nie wiem, naprawdę nie wiem, jaka jest. Bo jakiej tezy bym nie wysunęła, zawsze znajdę kontrargument. Jeśli chodzi o pierwsze: jeszcze przed epoką mass-mediów byli twórcy budzący powszechny entuzjazm wszystkich, którym się na ich twórczość udało natknąć, ale za to potem zostali zapomniani, i tacy, których praktycznie nikt nie zauważał, za to po śmierci uznano ich za wielkich artystów, ale byli też tacy, którym już za życia stawiano pomniki (choćby metaforyczne) i stawia się do dziś. A i jedni, i drudzy, i trzeci bywali obiektami krytyki, tak jak te dwie wspomniane poetki. Mickiewicza też zjechał niejeden krytyk i kolega po piórze. Jeszcze w epice, w dramacie może kryteria są bardziej przejrzyste - generalnie nie akceptujemy tekstów zawierających błędy merytoryczne, stylistyczne, językowe, musi być jakaś konsekwencja fabularna itd. Ale w poezji? (tak samo zresztą w malarstwie, w muzyce, gdzie dopuszczalne są najróżniejsze eksperymenty, tu pisanie małymi literami i bez znaków przestankowych, tam chlapanie farbą z odległości metra albo łączenie dźwięków w sposób przypominający zgrzyt styropianu po szkle). Czy i dlaczego można arbitralnie zdecydować, że u jednego poety rym "płaczę-zobaczę", "bzy-łzy" nie razi, a u innego jest niewybaczalnym błędem? Ja sama pojęcia nie mam, dlaczego jeden wiersz przejmuje mnie do głębi, inny mi się po prostu podoba, inny doceniam ze względu na jakiś rodzaj perfekcji wykonania, ale pozostaję wobec niego obojętna emocjonalnie, a jeszcze inny odrzucam z abominacją. Czasem wszystkie cztery rodzaje znajduję u jednego poety. Częściej jeden lub dwa, ale nawet gdy jest to prawie wyłącznie ten ostatni, próbuję się powstrzymać od epitetu typu "grafomania", "beznadzieja", bo skoro dla kogoś na przykład symfonia Pendereckiego jest źródłem wzniosłych doznań, koncert Metalliki - odrażającym łomotem, a ballady Kaczmarskiego - monotonnym chrypieniem i brzdąkaniem (albo na odwrót), to i poezję możemy odbierać równie subiektywnie. Nie podejrzewam, żeby popularność Kaur przetrwała więcej niż kilka dekad, może nawet tylko jedną. Ale z drugiej strony fajnie, że przez tę popularność jej twórczość wypłynęła na szersze wody, bo gdyby nawet dziewczyna napisała tylko jeden naprawdę dobry wiersz, to jego obecność w falach internetu daje dużo większą szansę, że natrafi na niego ktoś, kto go akurat potrzebuje, inaczej, niż gdyby go wydrukowano w powiatowej gazecie...
No i sprawa z tą promocją. Mnie te wszystkie Instagramy, Facebooki, Twittery i co tam jeszcze, są zupełnie obce. Nie śledzę w konsekwencji, kto i jak się tam eksponuje. Ale widzę na przykład, co wypisują wydawcy na okładkach książek (zwłaszcza w wydawnictwach self-publishingowych, choć nie tylko) i jak się to ma do treści. Widzę, że prawie każdy pisarz (i każdy inny artysta) prowadzi, czy też ktoś prowadzi jego stronę internetową, nie zawsze skromną i stonowaną. Z jednej strony, twórcy zawsze zabiegali o jakiś rodzaj popularności, bo przecież gdyby pisali tylko dla siebie, nie musieliby stać u drzwi wydawców czy wystawców. Ileż rękopisów naodsyłano nawet tym, którzy później stali się sławni, iluż płótnom czy rzeźbom odmówiono wystawienia w galeriach, a oni próbowali, wciąż i wciąż, aż w końcu ktoś więcej niż paru krewnych i znajomych te dzieła przeczytał /zobaczył/ usłyszał. Kto był zbyt nieśmiały albo zbyt nieobyty ("mój" Branwell Brontë pisywał do wydawców listy tak nietaktowne i niechlujne, że wcale im się nie dziwię, iż woleli z nim nie mieć do czynienia), miał mniejszą szansę na sławę; kto się potrafił ładnie zaprezentować w liście albo w osobistej rozmowie, większą, choć utwory jednego i drugiego mogły być porównywalnej jakości. Jakość techniczna współczesnych mediów i globalizacja sprawiają, że dzieło czy przynajmniej jego odzwierciedlenie może obiec cały świat w kwadrans po ukończeniu. Marzenie każdego artysty. I teraz ta druga strona: w powodzi powstających wszelkiego rodzaju dzieł to jedno może w ogóle zostać niedostrzeżone. Dwieście lat temu wydanie tomu wierszy jakiegokolwiek poety było wydarzeniem na skalę krajową przynajmniej, jeśli nie całej Europy (choć do tej reszty wiadomość docierała ze sporym opóźnieniem). Dziś co dzień wychodzi takich tomów, nie wiem, pewnie z kilkaset w skali świata?, a do tego wszystko, co jest luzem do sieci wrzucane. To samo z malarstwem, filmem, muzyką. Odbiorca nie ma szans przejrzeć wszystkiego, wybierając to, co mu się spodoba. A czy zachwalanie przez autora/ wydawcę/ menedżera jest miarą wartości? Hm... No, przecież nie zawsze. Najlepsze filmy wyłapuję, "latając" pilotem po kanałach i sprawdzając takie, o których w życiu nie słyszałam albo mało...
Chyba nie doszłam do żadnych sensownych wniosków, choć wyeksponowałam swoje przemyślenia. Na szczęście Biblionetka jest miejscem, w którym nie boję się tego robić, i to jest piękne.
Użytkownik: Anna125 2018-05-08 22:50 napisał(a):
Odpowiedź na: Dotykasz tu, Chomiku, tak... | dot59Opiekun BiblioNETki
Oj, nie mogę odpisać tak jakbym chciała, może w poniedziałek znajdę czas, niestety :(((. Bardzo jest mi po drodze z Twoją odpowiedzią. Też ciagle napierają na mnie kontrargumenty, z niebytu się wyłaniają, nagle, niepotrzebnie, kiedy już już zdanie na jakiś temat sobie wyklarowałam i do spokoju ducha zmierzam. Zwłaszcza dotyczy to ludzi i urządzania tego świata. Przypomniało mi się stosunkowo znane wyrażenie pewnego, znanego psychologa parającego się coachingiem (w zasadzie jestem za coachingiem, niektóre techniki są w porządku lecz jak wszystko przybiera garganuiczne rozmiary miast ograniczyć się do określonego zakresu spraw i sytuacji) - „mapa to nie jest terytorium”. Wszyscy żyjemy na jednym terytorium lecz posługujemy się różnymi mapami. Mapy to filtry, przez ktore doświadczamy, gdzieś za nimi ukrywa się nasza unikalność.

Mam kilka skojarzeń do tego, o czym napisałaś, ważniejszego niż ta mapa i bardzo jestem ciekawa, czy też o tym myślałaś.
Pozdrawiam srd :)
Użytkownik: Anna125 2018-05-13 00:48 napisał(a):
Odpowiedź na: Dotykasz tu, Chomiku, tak... | dot59Opiekun BiblioNETki
Dobry wieczór:)
No właśnie, czy sztuka, którą zachwycają się miliony może być coś warta? Rozsądna odpowiedź chyba brzmiałaby - może być, ale jednocześnie nie musi. Kryterium wydaje się niewystarczające, a może nawet nieadekwatne, ponieważ gdybyśmy pomyśleli zdanie przeciwne, a mianowicie, czy w takim razie książki czytane przez niewielu, bądż nikogo są niewartościowe? Intuicja podpowiada, że nie. Liczby nie decydują.
Przypominają mi się tłumy przed szubienicami w dawnych czasach, brak biletów na oglądanie osób dziwnych, zdeformowanych. Ekscytacja, ciekawość, styl życia.
Podobanie się jest kwestią gustu, upodobania, lecz kiedy doskonalimy się w jakiejś dziedzinie to spostrzegamy więcej, gdyż wiemy więcej, kształtujemy swój gust, smak. Rozwijamy się? Czym jest produkt - książka? Zabiciem czasu? Wrażeniami estetycznymi, inspiracją, próbą opisu rzeczywistości, rozrywką, pasją, czy może jeszcze czymś innym? Chyba dla mnie książka to rodzaj przekazu, rozmowy autora z czytelnikami. Rozmowy bywają różne. Autor - moim zdaniem - musi mieć coś ciekawego do przekazania, dzieli się swoim odbiorem rzeczywistości (w różnych konwencjach), widzeniem różnych spraw, wyobrażeniami, tęsknotami, marzeniami, strachami, oburzeniami. Kiedy pisze, to nie wie, czy jego indywidualny punkt widzenia, jest jedyny, wyjątkowy, czy opisuje odczucia wielu.

I tak jak napisałaś trzeba byłoby się jeszcze odnieść do czasu. Czy on decyduje? Czas jest dla mnie bardziej przekonywującym argumentem niż liczba. Co się ostanie po latach, na przykład w humanistyce to podobno przynajmniej sto lat. Jednakże sprawa się zawikłana z chwilą, kiedy przestaliśmy ujmować świat w paradygmacie przyczyny i skutku oraz przełomów i wiecznego postępu. Są idee, ktore odżywają, a ich korzenie tkwią w dalekiej przeszłości, są matematyczne wzory, ktore dopiero teraz znajdują zastosowanie. Czyli jak piszesz, sprawa niełatwa.

Sa kanony i jest odbicie w sercu. Myślę jednak, że pisanie musi być poprawne. Są zasady i Ci, którzy je łamali, powinni je wcześniej znać i mieć dobry powód, aby wyjść poza nie, tak jak Malewicz ze swoim kwadratem. Z ideą, koncepcją możemy dyskutować kiedy wyłania się z niebytu. Co jednak, jeśli jej nie ma? Jeśli ktoś jest nieukiem bądź nie przykłada się do swojej prac i co więcej uważa, że to rzecz nieistotna? Nie wiem. Świat się udziwnił, ważniejsze jest szybciej i podług wskaźników - kretyńskich, ponieważ łatwo policzalnych. Dajemy za wygraną, bo któż marzy o tym, aby być Don Kichotem. Wariactwo.

Jest odpowiedzialność autora, są zachwyty czytelników i jest promocja. Zaprawdę, nie wiem już z kim się „bić”. Z pisarzami, ktorzy nie dbają o warsztat, z czytelnikami, ktorzy lajkują, bo jest to dobrze widziane przez znajomych, przyjaciół (czytają bestsellery, są więc na bieżąco, chociaż może to i lepiej, przynajmniej snobują się na to). Do promocji mam największy żal, w wydawnictwach pracują ludzie, ktorzy wiedzą. Jednak to jak tragiczny mit, oni muszą podkręcić sprzedaż. Sytuacja tragiczna i bez wyjścia. Bardzo cenię Justynę Sobolewską i Nogasia. Nie poddają się, chociaż czuję parcie na nich wywierane.

To, co najbardziej mnie boli to niespójność. Te notki na okładkach książek. Jednak, czyż kiedy kupuję telefon, mikrofalówkę znajduję coś innego? Raczej nie, chyba, że zagłębiam się w parametry techniczne i sama próbuję dociec. Kłamstwo, bądź nie. Kryzys moralności, etyki? W zasadzie przestałam wierzyć, jeśli sama nie sprawdzę lub znajomi, czy szwankuje zaufanie. Zaufanie ma potężną moc!

A w ogóle, to myślę sobie, że te cholerne, antyczne tragedie są wpisane w naszą egzystencję.
Za bbnetkę bardzo jestem wdzięczna i cieszę się ogromnie, że mogę wyrażać tu swoje myśli i czytać odpowiedzi.
Eh, skończę, moźe mi się poprawi, kiedy przestanę czytać na zajęcia o tym złu i szaleństwie. Na razie, przynajmniej dla mnie odpowiedzi nie ma.
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2018-05-13 10:01 napisał(a):
Odpowiedź na: Dobry wieczór:) No właśn... | Anna125
No właśnie, mam to samo odczucie: książka, telefon, mikrofalówka, płatki śniadaniowe, proszek do prania, spodnie, szminka, wszystko jeden diabeł... Wszystko poddane tym samym prawom, a ponad wszystkim pieniądz. Czasy sprzed "nowego, lepszego" i "niepowtarzalnej okazji za jedyne... zł" z pewnych względów idealne nie były, ale coś za coś: kultura była w nich dobrem, a nie towarem. Autor (i w przypadku literatury tłumacz), redaktor, wydawca, dyrektor opery czy galerii nie miał myśleć, ile na tym zarobi, tylko czy daje odbiorcy coś, co ma wystarczającą jakość (pamiętasz te erraty, w których każde wydawnictwo skrupulatnie wyliczało błędy przepuszczone w druku: "str. 36. Jest: Rzymianie, powinno być: Rzymianin" itp., itd., a pod spodem jeszcze jakaś formułka z przeprosinami pod adresem czytelnika!?).Jeśli coś było dobre, to się przebiło i sprawdziło w próbie czasu. Wydawano jakichś tam kiepskawych literatów, co to byli "po linii", ale przynajmniej miano dość przyzwoitości, żeby ich nie zachwalać jako "polskich Hemingwayów" czy coś w tym guście.
Teraz nie mamy cenzury, nie ma tematów tabu, czy to polityka, czy porno, czy plastyczne opisy dysfunkcji dolnego odcinka przewodu pokarmowego. Wszystko pójdzie, do wszystkiego się znajdą recenzenci, którzy wychwalą pod niebiosa, i piarowcy (po polsku: reklamiarze?), którzy niegramatycznie napisanemu utworkowi-potworkowi walną taką notkę, jakby noblistę co najmniej wydawali. Póki ktoś coś takiego pisze na własnym blogu, szafa gra - wszak de gustibus... etc.; ale jeśli z oficjalnych materiałów wydawnictwa wynika, że lektura nas powinna powalić na kolana swoją głębią i mądrością, a powala... kupą błędów merytorycznych i niechlujstwem językowym, to chyba coś nie w porządku z tym mechanizmem.

Sobolewską i Nogasia też bardzo cenię. Niestety ten pan, który Nogasia zastąpił w Trójce, jest kompletnie bezbarwny i nieprzekonujący.

Może nic na te zjawiska nie poradzimy, ale się przynajmniej tutaj możemy wygadać :-).
Użytkownik: Anna125 2018-05-15 00:41 napisał(a):
Odpowiedź na: No właśnie, mam to samo o... | dot59Opiekun BiblioNETki
Pamiętam erraty, a jakże! :D Wydawało się to takie naturalne i jakże na miejscu. Cieszę się z tych wspomnień, że trzeba było czytać prozę iberoamerykańską, zdobywać ją w znajomych księgarniach, czytać Jazz, różne samizdaty, ponieważ o tym się rozmawiało, bo o czym innym prowadzić duszne rozmowy, o tym że się obiad zjadło i był smaczny, albo że nowy, śliczny obrus się kupiło. Takie rzeczy nie znajdowały się w centrum zainteresowania. Zainspirowałaś mnie szalenie :))) i udało mi się powędrować w zamierzchłe czasy piosenek Fogga i tych jeszcze przedwojennych. Niekiedy to poezja, te słowa i ciekawa muzyka! Trafiłyśmy (mama przyjaciółki zanuciła) na uroczą, jeszcze przedwojenną piosenkę o żółtych chryzantemach stojących na fortepianie. Wiwat telefony, mogłyśmy śpiewać razem z nią, w zasadzie fałszować ale mniejsza już o to.

Staram się niczemu nie dziwić (trudne jest to dla mnie niemożebnie!), ponieważ innych dziwią moje zdziwienia: „Przecież tak jest, przecież to drobiazgi, nikomu już niepotrzebne, sprzeda się bez tego, zaoszczędzimy”. Pytam: „Jak to niepotrzebne? A kupiłbyś kubek z dziurą w denku i szukałbyś gumy do żucia, aby ją zakleić, a może kupiłbyś stół z jedną krotszą nogą.” Jeśli chodzi o kubek to przyznają mi rację, lecz już w przypadku stołu twierdzą, że zdarzyło im się kupić źle wypoziomowany i wyrównywali filcem. Wygląda na to, że zaczynamy żyć w świecie, w którym rzeczy wybrakowane zaczynają mieć wzięcie.

Właśnie, a’propos braku - skojarzenie. Na ostatnich zajęciach mój profesor pokazał nam pomyłkę redaktora lub korektora w eseju Barbary Skargi, w ktorym referowała w telegraficznym skrócie (przez wieki) koncepcję zła, jego pochodzenie, przejawy itp. Chodziło o jedno słowo, które uniemożliwiło zrozumienie tekstu. Profesor przyznał się, że chciał do nas o tym napisać, o tym błędnym tłumaczeniu lecz ostatecznie postanowił powiedzieć dopiero na zajęciach.

Zdanie brzmiało „...Zacząć wypada od prewencyjnej teorii zła, która, jak sądzę, powinna być uznana za najbardziej charakterystyczną dla filozofii, więcej, dla całej myśli europejskiej. Trwała wszak przez wieki od neoplatończyków po Leibnitza, rozwijana w rozmaitych formach ówczesnej teodycei, ale z tym samym powtarzającym się jądrem treściowym...”
Na nasze nieszczęście słowo pojawiło się na początku tekstu i niestety do końca było w konsekwentnym użyciu.
Wszyscyśmy przeczytali (rzucili się) ten właśnie esej, ponieważ druga lektura liczyła dużo więcej stron. Trefnym słowem była „prewencja”. Otumanieni studiowaliśmy krotki tekst,
Po wielokroć sprawdzaliśmy w SJP wyjaśnienie (krótkie jak ten esej), w nadziei, że prewencja ma jakieś inne, przeciwstawne, odmienne, może zamierzchłe, nieużywane znaczenie. Niestety nie miała.

Teoria zła jako prewencja? charakterystyczna? jądro myśli, w dodatku europejskiej. Nie powiem, że zaczęliśmy się zastanawiać, czy aby nie mamy innych korzeni, a może np. jesteśmy Murzynami, Hindusami, Chińczykami, że własnego jądra nie znamy ale bardzo blisko byliśmy takich konstatacji. Jak to prewencja, czyż zło ma zapobiegać dobru, zabezpieczać nas przed nim? Koncepcje wymyślaliśmy szalone i nic. Przecież po polsku pisze ta Skarga, mądra była, a my nic nie rozumiemy, czyli coś z nami jest nie tak - wyglądało to na logiczny wniosek.
Na zajęciach, kiedy padło pytanie o esej, spuściliśmy głowy jak pierwszaki, a profesor wyjaśnił błąd, uśmiechając się szelmowsko. Miało być „prywatywna” lub „prywacyjna” (od privacio - brak), czyli zło postrzegane jako brak dobra. Uff, znaczy z filozofią jest tak jak komputerami, po pierwsze trzeba posprawdzać kable, czy dobrze podłączone, czy któryś nie wysunął się z gniazdka, a w ostateczności zresetować.
A co do zła, to podzieliliśmy wątpliwość Skargi odnośnie koncepcji prywatywnej. Zło nie może być po prostu brakiem dobra, ponieważ brak dobra nie oznacza zła. W ogóle definiowanie istoty czegoś przez brak jest mało przekonujące. Weźmy na przykład brak prądu. Prąd można sobie zwizualizować, a jego brak - tylko przez przejawy tego, co powinno być, czyli wynikałoby z tego, że zło nie ma swojego „bytu”, a przecież ma.

Dalej było już fajnie, a profesor śmiał się z nas, psikus udał mu się nadzwyczajnie. Na wszelki wypadek na następny raz spróbujemy nie kierować się długością tekstów i nie traktować ich „nabożnie”. Mniej powagi, więcej śmiechu.
Ze słuchaniem Trójki z żalem się pożegnałam.
Lubię się „wygadywać” :DDD, choć introwertywny ze mnie typ, co niniejszym uczyniłam. Eh.
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2018-05-15 18:20 napisał(a):
Odpowiedź na: Pamiętam erraty, a jakże!... | Anna125
Aaach! Tak, proza iberoamerykańska, aleśmy ją wtedy pożerali, Cortazar i Marquez wywracali nasze literackie sympatie do góry nogami, zresztą do dziś ich cenię ogromnie, choć nie mam czasu na powtórki... U mnie tylko jazzu nie było, bo moja licealna ekipa była taka bardziej hippisowska, folkowo-rockowa - próbowaliśmy na przykład z kumplem tłumaczyć libretto "Jesus Christ Superstar", odsłuchując musical w nieskończoność z taśmy magnetofonowej, będącej n-tą kopią z rzędu. I oczywiście nieśmiertelne dyskusje, czy w sztuce ważniejsza treść, czy forma, i czy człowiek jest z natury dobry, i takie tam.

A rzeczy, mój Boże, rzeczy MIAŁY być dobre i trwałe. Meble miały służyć na całe życie, i to nie jednemu pokoleniu, ale dwóm, trzem. I książki, i sprzęt domowy, ba, ciuchy nawet - na studiach chodziłam w sukienkach noszonych przez moją mamę ćwierć wieku wcześniej, bo je babcia w szafie przechowała, a akurat moda była na retro. A teraz wszystko jest obliczone na dwa, trzy, pięć lat, bo musi być miejsce na "nowe, lepsze". Przy czym w wielu wypadkach to "lepsze" oznacza po prostu inne. Na przykład układ klawiatury w laptopie albo funkcji w Wordzie - ja piszę praktycznie bezwzrokowo, do paska sięgam na pamięć, więc każda zmiana wielkości klawiszy, położenia "delete" albo "wstaw" itd. to dla mnie istny horror. Ale choćbym się skichała, nikt takiego kompa jak mój już nie zrobi, bo ten model wyszedł z mody i kropka. Przyzwyczaję się do szminki, szamponu, kremu - za dwa lata znika (a mój ojciec przez jakieś 40 lat używał tej samej wody po goleniu...).

Ciekawa historia z tym esejem - pewnie Word podkreślił na czerwono i podpowiedział kilka słów zastępczych, to korektor wpisał najbardziej pasujące (sprawdziłam: podpowiada "prywacja, prywacją, probacyjna, probacyjną, prewencja"). I dlatego przy tego rodzaju tekstach powinni być zaangażowani redaktorzy merytoryczni - pamiętasz, była o tym dyskusja już na jakimś wątku.

Nie, no, Trójki nie zostawię - a Niedźwiedź, a Baron, a Mann, a Kaczkowski, a "Powtórka z rozrywki", w której jak się ma szczęście, to się Młodą Lekarkę albo ParaMęt Pikczers utrafi? A Nohavica i ś.p.Kaczmarski, których na innych stacjach raczej nie puszczają (przynajmniej nie słyszałam)?

Wygląda na to, że jeszcze nie wyczerpałam możliwości wygadywania się :-D
Użytkownik: Anna125 2018-05-15 22:05 napisał(a):
Odpowiedź na: Aaach! Tak, proza iberoam... | dot59Opiekun BiblioNETki
Profesor postawił jak Ty na automatyzm Worda :) jako najbardziej prawdopodobną przyczynę.
Nohavicę musiałam sobie kupić, tak bardzo było mi żal. Nie zostawiaj Trójki - rozumiem, też kocham tych ludzi, takie audycje - powtórki.
Myśmy tłumaczyli Dylana i „Czas Apokalipsy”, i kompletnie zamilkliśmy przy filmie Passoliniego „Salo, czyli 120 dni Sodomy”, a wyświetlany był nomen-omen w budynku, w ktorym preparowaliśmy żaby (biologiczne podstawy zachowania, tak chyba nazywał się ten przedmiot, moduł). Chyba teraz nie ma już takich obowiązkowych zajęć praktycznych na psychologii, wtedy były, niestety, roczne. Zaliczenie mam objęte do tej pory niepamięcią i kiedy, nawet dzisiaj, przejeżdżam obok tego budynku to instynktownie przyspieszam.

Snobowałam się na rozróżnianie saksofonów, stąd ten „Jazz” czytany od deski do deski i słuchanie, ktore niekiedy było katowaniem się ale potem jaka nagroda i satysfakcja z „mądrzenia się”. Ścigaliśmy się. Świetne było takie snobowanie:),
Na wspomnianych przeze mnie zajęciach, koledzy z branży IT (generalnie, lecz stosunkowo blisko produkcji urządzeń domowego użytku) podzielili się wiedzą na temat wymiarowania części urządzeń na określony czas. Podobno to duże wyzwanie zaprojektować ten moment, w ktorym kończy się gwarancja. Tak to jest, a dzisiaj mama wspominała kożuch kupiony ojcu, chyba czterdzieści lat temu, jeśli nie więcej, a ja z niepokojem zerkałam na ich siedmioletnią pralkę. Chyba, ta ich, nie jest jeszcze takim wybrakowanym egzemplarzem.

Oj, wspominki oblepiają mnie ostatnio.
Od roku używam świetnego kremu, dzisiaj na wszelki wypadek kupiłam dwa opakowania, i chociaż pozostaję w nadziei, że go nie ulepszą to przynajmniej jeden kwartał mam zabezpieczony :). Wiesz, mam jedną sukienkę, babciną, ktora przeżyła już wiele studniówek na różnych osobach :).
Użytkownik: dot59Opiekun BiblioNETki 2018-05-16 21:24 napisał(a):
Odpowiedź na: Profesor postawił jak Ty ... | Anna125
Mnie wspominki to ciągle nachodzą, bo jakoś tak na co natrafię, to mi się wszystko z przeszłością kojarzy. Kiedyś chyba z godzinę spędziłam na wertowaniu stron ze zdjęciami sprzętów (radia, aparaty fotograficzne, pralki etc.) z czasów mojej wczesnej młodości, wczoraj przeglądałam dyskografię Haliny Kunickiej, szukając płyty, której słuchałam w późnej podstawówce...

Przedmiot nazywa się nadal tak samo, ale bez żab - przynajmniej na UŚ, gdzie mój młody studiował. Zamiast żab mieli anatomię i fizjologię mózgu w ilości, jakiej i dla lekarza byłoby dosyć :-).

Snobowanie się na wiedzę pozaszkolną, na czytanie - o ileż to było zdrowsze, niż zbieranie "lajków na fejsie" czy jakieś tam inne socjomanipulacje... I ile się faktycznie przy tym trzeba było narobić, bo teraz tylko wleźć do Googla i dowolny temat masz jak na dłoni, od plotek po opracowania akademickie, a u nas, jak się komu zachciało na przykład zgłębiać impresjonistów, to hajda do biblioteki i siedzieć trzy godziny w czytelni, bo albumów do domu nie wypożyczali; jak człowiek chciał zostać specem od poezji współczesnej, której w programie było jak na lekarstwo (zwłaszcza w mat-fizie, gdzie się zaczepiła 1/3 humanistów z mojego rocznika, bo inaczej nie było szans mieć angielskiego; męczarnie z przedmiotami kierunkowymi wynagradzał nam fakt, żeśmy przypadkiem dostali najlepszą polonistkę, najlepszą anglistkę, najlepszą rusycystkę i najlepszego historyka :-)), to znów - biblioteka, "Życie Literackie", "Literatura na świecie". A nauczyciele nas jeszcze do tego podpuszczali, podsuwali lektury, przynosili materiały nieujęte w programie. Fajną budę miałam i jak dzisiaj młodzież mówi o traumie powodowanej przez szkołę, to się łapię na tym, że nie wiem, w czym rzecz...
Użytkownik: Anna125 2018-05-17 18:22 napisał(a):
Odpowiedź na: Mnie wspominki to ciągle ... | dot59Opiekun BiblioNETki
Zazdroszczę budy, moja też była niezła lecz lecz dopiero studia były boskie :).
Legenda
  • - książka oceniona przez Ciebie - najedź na ikonę przy książce aby zobaczyć ocenę
  • - do książki dodano opisy lub recenzje
  • - książka dostępna w naszej księgarni
  • - książka dostępna u innych użytkowników (wymiana, kupno)
  • - książka znajduje się w Twoim schowku
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: