Dodany: 01.01.2015 16:27|Autor: maggie.p

Miłość zwycięży wszystko...


„Słońce, słońce w ramionach
czy twego ciała kryształ
pełen owoców białych,
gdzie zdrój zielony tryska,
gdzie oczy miękkie w mroku
tak pół mnie, a pół Bogu…” [1]

Krzysztof Kamil Baczyński – poeta czasu wojny, żołnierz Armii Krajowej, jeden z bardziej znanych przedstawicieli pokolenia Kolumbów, powstaniec batalionu „Parasol”. To wiemy chyba wszyscy. Podobnie jak większość słyszała o Jego wielkiej miłości - żonie i muzie Basi z Drapczyńskich Baczyńskiej. A czy macie ochotę poznać lepiej historię tego pięknego uczucia łączącego Krzysztofa i Basię? Uczucia, które narodziło się w ciężkich czasach okupacji i mimo wszechobecnego strachu, terroru, śmierci rozkwitło i rozwijało się jak w baśni. Uczucie wprost nierzeczywiste, niemożliwe, a jednak prawdziwe.

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak zachwycała do tej pory swoich czytelników raczej powieściami obyczajowymi. Spod jej ręki wyszły takie książki jak „Niebieskie migdały”, „Przebudzenie”, „Upalne lato Marianny” czy „Nie lubię kotów”. Wszystkie zostały bardzo pozytywnie przyjęte przez blogosferę. Tym razem pisarka wzięła na swój warsztat historię prawdziwą obejmującą część biografii mojego ukochanego poety Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.

Przyznam się, że właśnie temat i główny bohater tej opowieści spowodowały, że się nią zainteresowałam, bowiem prozy pani Katarzyny do tej pory nie udało mi się poznać. Jak wypadło to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki? Czy jestem nim usatysfakcjonowana? Czy sięgnę jeszcze po dalsze powieści pisarki? O tym za chwilę…

Zima 1941 roku. Warszawa czasu okupacji. Pierwszy grudnia. Barbara Drapczyńska, córka drukarza, niepozorna, niespecjalnie ładna dziewiętnastolatka wybiera się jak wiele osób w jej wieku na tajne komplety do mieszkania państwa Hiżów. Tam poznaje Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, młodego poetę, urodziwego, choć nieco spiętego, zbyt poważnego i niepewnego. Pierwsze spotkanie i… miłość od pierwszego wejrzenia, pierwszego uścisku rąk, czy też pierwszego wiersza, bowiem Basia miała przyjemność czytać wcześniej i zachwycać się wierszami poety krążącymi w ręcznym odpisie. Nie do uwierzenia? A jednak taka miłość się zdarza, bowiem parę dni później w dniu imienin Basi młodzi zaręczyli się, a parę miesięcy później przysięgli sobie dozgonną miłość w niedużym kościółku na Solcu.

„Miłość od pierwszego wejrzenia, od pierwszego wiersza, od dotyku czyjejś dłoni… Miłość uskrzydlająca, a zarazem zapierająca dech w piersi, odbierająca rozum i nadająca wszystkiemu sens… To nie mogło się dziać naprawdę. Tu i teraz. W świecie zrujnowanym, w czasach bez przyszłości. Podobne historie zdarzały się tylko na kartach książek, w słodkich od banału romansach, ale przecież nie w prawdziwym życiu.” [2]

Ta miłość nie miała tak naprawdę żadnych szans na przetrwanie. Najbliżsi – rodzice Basi i matka Krzysia (jego ojciec nie żył) byli przeciwni związkowi młodych. Szczególnie pani Stefania Baczyńska, która kochała syna zaborczą, wręcz toksyczną miłością, widziała w synowej konkurentkę i nie potrafiła pogodzić się z faktem, że Krzysztof podzielił swoje serce, wcześniej należące tylko do niej, na dwie części. Przez cały okres ich małżeństwa nienawidziła Basi, oskarżając ją o to, że ukradła jej dziecko.
Niesprzyjające dla ich miłości były czasy, w jakich przyszło im żyć. No bo jak można kochać, gdy wokół giną ludzie? Gdy każde wyjście z domu może być tym ostatnim? Gdy na ulicach Warszawy szaleją naziści?

„Poczekajcie, aż skończy się wojna” mówili rodzice, ale… czy była to dobra rada? Przecież wojna mogła trwać jeszcze bardzo długo, przecież w każdej chwili można było stracić życie, przecież nie ma czasu na czekanie, jeśli się kocha…
Tak – ich miłość przetrwała… do końca. Do śmierci obojga.

„Ty jesteś moje imię” to powieść biograficzna z historią okupowanej Warszawy w tle. I trzeba przyznać, że spełnia swoje zadanie. Dzięki niej poznajemy wiele faktów z życia Krzysztofa, nie tylko dzieje pięknej miłości. Widać, że autorka włożyła wiele pracy w to, by dokładnie przedstawić realia tamtych czasów – codzienne życie Warszawy, łapanki, śmierć przypadkowych przechodniów, losy ludności żydowskiej. Uczestniczymy w tajnych kompletach, na które uczęszczali zakochani, w wieczorkach poetyckich, w zebraniach zastępu batalionu „Zośka”. Wraz z rodziną Basi jesteśmy zmuszeni do przeprowadzki i zostawienia całego dobytku życia w dawnym mieszkaniu, bo tak chciał gubernator Frank. Drżymy ze strachu, gdy w mieszkaniu Basi i Krzysztofa mieszka kobieta żydowskiego pochodzenia i gdy w skrytce zrobionej pod podłogą przechowywana jest broń. Poznajemy przyjaciół i znajomych Baczyńskich, a wśród nich tak znane osoby w świecie kultury jak Jerzy Andrzejewski, Jarosław Iwaszkiewicz, czy Tadeusz Gajcy.

Poznajemy poglądy polityczne obu przedstawicieli pokolenia Kolumbów i ich wzajemne, niezbyt przyjazne stosunki. Jak widać - choćby po tych paru przykładach – walory edukacyjne książki są jej dużym atutem. Na pewno przybliży wielu młodym osobom okres okupacji i Powstania Warszawskiego.

I tu duży ukłon w stosunku do pisarki, która potrafiła w części powstańczej wzbudzić we mnie nieprawdopodobne emocje (część okupacyjna nie wywołała u mnie tak mocnych odczuć). Warszawski zryw z 1944 roku poznajemy z relacji samej Basi. Jej wewnętrzny monolog znajduje się przed każdym rozdziałem, co na pewno zaburza chronologię wydarzeń, ale jednocześnie powoduje przyspieszone bicie serca i pojawienie się łez w oczach. Słowa Basi, jej refleksje, myśli, jej strach przed niepewnym jutrem, a przede wszystkim niepokój o losy męża są tak przejmujące, że nie sposób przejść obok nich obojętnie. One wzruszą każdego, nawet tych najbardziej odpornych. Ileż w nich bólu, przerażenia, ale także nadziei na zwycięstwo, przekonania, że jej Krzyś żyje, a w końcu rezygnacji i poddania się losowi.

To dzięki Basi poznajemy codzienność Powstania. Dnie i noce spędzamy w brudnych, ciemnych piwnicach domów, ukrywając się przed bombardowaniami, obawiamy się o zdrowie i życie naszych bliskich, boimy się, że za chwilę zabraknie wody, jedzenia, leków.

„Półmrok i strach.
Otacza mnie półmrok rozświetlony jedynie wątłym płomieniem lampki. W nozdrza wdziera się woń strachu, spoconych ciał i ta charakterystyczna: acetylenu z karbidówki.” [3]

Wielka szkoda, że cała książka nie jest utrzymana w podobnym, wzruszającym stylu. Monologi Basi są rewelacyjne i pozbawione jakichkolwiek wad, w przeciwieństwie do reszty powieści.

Trzeba przyznać, że Katarzyna Zyskowska-Ignaciak pisze bardzo ładnym, poetyckim wręcz językiem. Są jednak fragmenty, w których jej styl jest aż za bardzo kwiecisty i wzniosły. Szczególnie razi to przy wyznaniach miłosnych, które przez to stają się nieco sztuczne i niezgodne z epoką, nie tak znowu odległą od naszych czasów.

„Wszystko przez panią. Nie mogę racjonalnie myśleć, nie mogę spać, jeść. Nie mogę oddychać, kiedy pani nie widzę. Czuję niedosyt w każdej minucie, kiedy tracę panią sprzed oczu. (…)
Znam panią od czterech dni, a jakbym znał od zawsze. Nie można się wyrzec takiego uczucia, nie można go zdusić, wymazać. Teraz, kiedy wokół tyle zła, trzeba mieć po co żyć. Pani jest właśnie tą osobą, dla której ja chciałbym żyć. Chciałbym zasypiać i budzić się przy pani. Móc patrzeć na panią…” [4]

Czy to możliwe, żeby koledzy z grupy studenckiej, prawie równolatkowie, bardzo młodzi ludzie mówili do siebie „Pani Basiu”, czy „Panie Krzysiu”? W żadnej czytanej do tej pory książce czy oglądanym filmie dotyczącym tego okresu w dziejach Polski, nie spotkałam się z taką formą zwracania się do siebie osób w tym wieku. Czy te dzieci, które niedawno zdały maturę, aż tak wydoroślały, ba…zestarzały się? Oni „tylko” dojrzeli szybciej niż obecne pokolenie dwudziestolatków, ale nadal byli młodzi i zachowywali się podobnie jak pokolenia powojenne. Niestety wydaje mi się, że dialogi nie współgrają z okresem II wojny światowej, tchną sztucznością i egzaltacją. Choć nie żyłam w tamtych czasach, nie stałam obok Basi i Krzysztofa i być może się mylę…

Także kreacja głównych bohaterów pozostawia wiele do życzenia. Zostali maksymalnie wyidealizowani, pozbawieni wszelkich wad – oboje są krystalicznie dobrzy, prawi, bezbarwni. A przecież byli to prawdziwi ludzie, którzy na pewno odczuwali złość lub inne negatywne emocje, potrafili zdenerwować się, wykrzyczeć swoją krzywdę, okazać strach czy przerażenie. W zasadzie jedyną osobą z krwi i kości jest matka Baczyńskiego. To ona jest tym „czarnym” charakterem; ona przez chorą miłość do syna uprzykrza życie Basi; jest ironiczna, chwilami podła, złośliwa, zła. Ale zarazem tylko ona budzi emocje w nas – czytelnikach. Emocje negatywne, ale to nie jest istotne. Najważniejsze, że w ogóle są, że nie przechodzimy wobec niej obojętnie. Bo prawdę mówiąc, gdybym nie wiedziała, że Krzysztof i Basia żyli naprawdę, to książkę oceniłabym zdecydowanie gorzej. Byłaby to dla mnie po prostu kolejna przeciętna pozycja o pokoleniu Kolumbów. Książka, którą się szybko przeczyta i równie szybko o niej zapomina.

A ja nie chcę o niej zapomnieć. Nie chcę, bo mimo swych wad opisuje rzetelnie fragment najnowszej historii Polski, bardzo mi bliskiej. Nie chcę, bo bohaterem tej opowieści jest mój ukochany poeta. Nie chcę, bo miłość Basi i Krzysztofa była zawsze dla mnie bardzo wzruszająca i nieraz popłynęły z moich oczu łzy nad jej dramatyzmem i tragedią tych młodych ludzi i ich pokolenia. I dlatego zachęcam do przeczytania tej książki. Zachęcam do tego, żebyście stanęli obok Basi i Krzysztofa i zastanowili się nad ich losem. I żebyście docenili czasy, w których przyszło nam żyć.

„Niebo złote ci otworzę,
w którym ciszy biała nić
jak ogromny dźwięków orzech,
który pęknie, aby żyć
zielonymi listeczkami,
śpiewem jezior, zmierzchu graniem,
aż ukaże jądro mleczne
ptasi świt.

Ziemię twardą ci przemienię
w mleczów miękkich płynny lot,
wyprowadzę w rzeczy cienie,
które prężą się jak kot,
futrem iskrząc zwiną wszystko
w barwy burz, w serduszka listków,
w deszczów siwy splot.

I powietrza drżące strugi
jak z anielskiej strzechy dym
zmienię ci w aleje długie,
w brzóz przejrzystych śpiewny płyn,
aż zagrają jak wiolonczel
żal - różowe światła pnącze,
pszczelich skrzydeł hymn.

Jeno wyjmij mi z tych oczu
szkło bolesne - obraz dni,
które czaszki białe toczy
przez płonące łąki krwi.
Jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył.” [5]

---------
[1] Krzysztof Kamil Baczyński „Miłość”, 8.09.1942
[2] Katarzyna Zyskowska-Ignaciak „Ty jesteś moje imię”, Filia 2014, str.72
[3] tamże, str.7
[4] tamże, str.81-82
[5] Krzysztof Kamil Baczyński „Niebo złote ci otworzę…”, 15.06.1943

recenzja opublikowana również na moim blogu

(c)Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie bez zgody autora zabronione.

Wyświetleń: 1292
Dodaj komentarz
Patronaty Biblionetki
Biblionetka potrzebuje opiekunów
Recenzje

Użytkownicy polecają:

Redakcja poleca: